• X Mateusza

    X Mateusza

    Dziesiąty rozdział Ewangelii Mateusza może początkowo wydawać się mniej czuły niż poprzedni. Nie ma w nim uzdrowionej kobiety, podniesionego dziecka ani Jezusa siedzącego przy stole z odrzuconymi. Są natomiast polecenia, ostrzeżenia przed prześladowaniem, zapowiedź podziałów oraz wezwanie do wzięcia krzyża.
    A jednak również tutaj objawia się Czułe Serce Boga.
    Pod koniec dziewiątego rozdziału Jezus patrzy na znękane i porzucone tłumy. Widzi ludzi podobnych do owiec niemających pasterza i głęboko im współczuje. Zaraz potem mówi uczniom, że żniwo jest wielkie, lecz robotników mało.

    Rozdział dziesiąty jest bezpośrednią odpowiedzią na to współczucie.

    Jezus nie poprzestaje na wzruszeniu. Woła uczniów, udziela im swojej władzy
    i posyła ich do ludzi. Jego czułość zaczyna mieć ręce, nogi i głos tych, którzy zgodzili się wyruszyć.

    Czułość, która posyła

    Mateusz wymienia imiona dwunastu apostołów. Nie są anonimową grupą religijnych specjalistów. Każdy ma własne imię, historię, temperament oraz słabości. Jest pośród nich Piotr, który okaże się zdolny zarówno do odważnego wyznania wiary, jak i do zaparcia się Jezusa. Są Jakub i Jan, gwałtowni synowie Zebedeusza. Jest Tomasz, który będzie zmagał się z wątpliwościami. Jest Mateusz — dawny celnik — oraz Szymon Gorliwy, reprezentujący środowisko wrogie rzymskiej okupacji. Jest również Judasz, który zdradzi Jezusa. To niezwykłe grono. Jezus mógłby poszukać ludzi bardziej przewidywalnych, doskonalszych i lepiej przygotowanych. Wybiera jednak tych konkretnych uczniów. Nie czeka, aż staną się bezbłędni. Powołuje ich i zaczyna kształtować w drodze.
    To dobra wiadomość dla każdego, kto sądzi, że Bóg będzie mógł się nim posłużyć dopiero wtedy, gdy znikną wszystkie jego słabości. Jezus nie posyła ludzi dlatego, że są już doskonali. Posyła ich, ponieważ pragnie dzielić się z nimi własną misją i stopniowo przemieniać ich serca.
    Czułość Boga nie tylko pochyla się nad naszą kruchością. Obdarza nas również zaufaniem.

    Jezus dzieli się tym, co należy do Niego

    Jezus udziela apostołom władzy nad duchami nieczystymi oraz mocy uzdrawiania chorób i słabości. Nie każe im iść wyłącznie we własnym imieniu ani polegać na własnych możliwościach. Dzieli się z nimi tym, co sam posiada. To ważny rys Serca Boga. Jezus nie zatrzymuje dobra dla siebie. Nie buduje swojej wyjątkowości poprzez utrzymywanie innych w bezradności. Podnosi uczniów, wyposaża ich i pozwala im uczestniczyć w tym, co czyni. Każdy dar pozostaje Jego łaską, ale łaska nie upokarza człowieka. Czyni go współpracownikiem.
    Uczniowie mają głosić, że bliskie jest królestwo niebieskie, uzdrawiać chorych, wskrzeszać umarłych, oczyszczać trędowatych i wypędzać złe duchy. Ich posłanie jest przedłużeniem misji Jezusa. Mają iść tam, gdzie człowiek został dotknięty cierpieniem, wykluczeniem, zniewoleniem oraz śmiercią. Bóg nie posyła ich
    z abstrakcyjną teorią. Posyła ich z dobrą nowiną, która ma dotknąć rzeczywistych ran człowieka. Pozwala im być uczestnikami radości jaką daje dzielenie się
    z innymi dobrem.

    „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”

    Te słowa odsłaniają zasadę królestwa Bożego. Wszystko zaczyna się od otrzymania. Uczniowie nie są właścicielami mocy, prawdy ani miłosierdzia.
    Nie zapracowali na swoje powołanie i nie mogą uczynić z Bożych darów sposobu zdobywania przewagi nad innymi. Najpierw sami zostali odnalezieni, przyjęci i obdarowani. Dopiero dlatego mogą dawać. To chroni ich zarówno przed pychą, jak i przed duchowym wyczerpaniem. Człowiek, który usiłuje dawać coś, czego sam nieustannie nie przyjmuje od Boga, szybko zaczyna działać o własnych siłach. Może stać się surowy wobec siebie, a później także wobec innych.
    Czułość chrześcijańskiego świadectwa rodzi się z pamięci: mnie również okazano miłosierdzie. Ja także żyję z daru. Nie przychodzę jako ktoś lepszy, lecz jako człowiek, który znalazł chleb i chce wskazać innym, gdzie można go otrzymać.

    Bóg uczy swoich uczniów zależności

    Jezus nakazuje uczniom wyruszyć bez zapasów, pieniędzy i dodatkowego zabezpieczenia. To polecenie dotyczy ich konkretnej misji i nie musi oznaczać, że każdy uczeń Jezusa w każdej sytuacji powinien zrezygnować z rozsądnego przygotowania. Odsłania jednak ważną prawdę: posłanie nie może opierać się wyłącznie na ludzkiej kontroli. Uczniowie mają doświadczyć, że nie wszystko zależy od nich. Będą potrzebować Boga, ale także gościnności innych ludzi. Będą musieli pozwolić, aby ktoś przyjął ich do domu, podał im posiłek i dał miejsce do odpoczynku. To również może być lekcją czułości. Łatwiej czasem pomagać, niż pozwolić, żeby ktoś pomógł nam. Łatwiej czuć się potrzebnym, niż przyznać, że sami potrzebujemy wsparcia. Jezus nie posyła samowystarczalnych bohaterów. Posyła wspólnotę ludzi, którzy uczą się zarówno dawać, jak i przyjmować.

    Pokój, którego nie można narzucić

    Wchodząc do domu, uczniowie mają przekazywać mu pokój. Nie przychodzą więc jako zdobywcy, kontrolerzy ani oskarżyciele. Ich pierwszym darem ma być pokój. Jezus przygotowuje ich jednak również na odrzucenie. Nie każdy dom i nie każde miasto ich przyjmie. Wtedy mają odejść i strząsnąć proch ze swoich stóp.
    Może się to wydawać surowe, ale kryje się tutaj ważna granica: uczniowie mają głosić, nie zmuszać. Mogą ofiarować pokój, lecz nie mogą przemocą wprowadzić go do czyjegoś domu. Miłość szanuje wolność, także wtedy, gdy ta wolność mówi „nie”.
    Strząśnięcie prochu nie jest zachętą do zemsty. Oznacza, że uczeń nie musi bez końca walczyć o akceptację, udowadniać swojej wartości ani brać odpowiedzialności za decyzje drugiego człowieka. Może pozostawić osąd Bogu i pójść dalej. Czułość potrzebuje granic. Bez nich łatwo przemienia się w przymus, zależność albo próbę kontrolowania innych pod pozorem troski.

    „Posyłam was jak owce między wilki”

    Jezus nie ukrywa przed uczniami ceny ich posłania. Nie obiecuje, że dobro zawsze zostanie przyjęte z wdzięcznością. Mówi o sądach, biczowaniu, nienawiści, zdradzie oraz prześladowaniu. Jego uczciwość także jest formą miłości. Fałszywa czułość uspokajałaby uczniów obietnicą, że nic bolesnego ich nie spotka. Jezus przygotowuje ich na prawdę. Nie chce, aby w chwili sprzeciwu uznali, że Bóg ich opuścił albo że całkowicie pomylili drogę. Nazywa ich owcami, nie wilkami. Choć zostaną posłani w niebezpieczne miejsca, nie wolno im przyjmować metod tych, którzy ich krzywdzą. Nie mają odpowiadać przemocą na przemoc ani stawać się podobni do swoich prześladowców. Jednocześnie Jezus mówi, aby byli roztropni jak węże i nieskazitelni jak gołębie. Dobroć nie oznacza naiwności. Czyste serce nie wymaga rezygnacji z mądrości. Można kochać, a jednocześnie rozpoznawać zagrożenie. Można przebaczać, a zarazem stawiać granice. Można ufać Bogu, nie powierzając bezmyślnie siebie każdemu człowiekowi. Czułość Jezusa nie jest bezbronna w znaczeniu bezradności. Łączy łagodność z roztropnością.

    Ojciec będzie mówił przez was

    Jezus zapowiada, że uczniowie zostaną postawieni przed sądami i władcami. Mówi jednak, aby nie martwili się wcześniej o to, jak będą się bronić. W odpowiedniej chwili zostaną im dane właściwe słowa, ponieważ będzie przez nich mówił Duch Ojca. Nie oznacza to pochwały nieprzygotowania. Jest obietnicą dla chwili, w której człowiek zostanie pozbawiony kontroli i stanie wobec sytuacji przekraczającej jego możliwości. Jezus wie, że lęk może odebrać mowę. Wie, jak bardzo człowiek boi się, że w decydującym momencie nie znajdzie odpowiednich słów. Dlatego zapewnia: nie będziecie pozostawieni sami sobie. Szczególnie czułe jest określenie „Duch Ojca waszego”. Jezus nie mówi tylko o bezosobowej sile, która dostarczy właściwej odpowiedzi. Mówi o obecności Ojca. W chwili próby uczeń nadal pozostaje Jego dzieckiem. Kiedy zabraknie naszych słów, Ojciec nie straci głosu.

    Bóg nie obiecuje braku cierpienia, lecz swoją obecność

    Dziesiąty rozdział burzy wyobrażenie, że bliskość Boga gwarantuje życie wolne od konfliktów. Jezus mówi otwarcie, że z powodu Jego imienia uczniowie mogą zostać odrzuceni nawet przez najbliższych. Nie oznacza to, że Bóg pragnie rozpadu rodzin. Jezus pokazuje raczej, że prawda może ujawnić ukryte podziały. Decyzja pójścia za Nim nie zawsze spotka się ze zrozumieniem, ponieważ Jego droga narusza ludzkie układy, interesy i fałszywy pokój budowany kosztem prawdy. Czasami wierność Bogu prowadzi do bolesnego napięcia. Nie każde cierpienie jest jednak dowodem wierności. Możemy doświadczać sprzeciwu również wskutek własnej pychy, braku delikatności albo niewłaściwego postępowania. Dlatego słowa Jezusa nie powinny służyć do usprawiedliwiania każdej kłótni. Jezus nie mówi: „Każdy konflikt dowodzi, że macie rację”. Mówi raczej: „Jeżeli
    z powodu wierności Mnie zostaniecie odrzuceni, nie uznawajcie tego za znak,
    że was opuściłem”.

    „Nie bójcie się”

    W samym środku zapowiedzi prześladowań Jezus trzykrotnie mówi uczniom, aby się nie bali. Nie zawstydza ich lęku. Nie mówi: „Prawdziwie wierzący nigdy się nie boi”. Daje im natomiast powody, dzięki którym lęk nie musi decydować o ich postępowaniu. Prawda ostatecznie zostanie odsłonięta. Ludzie mogą zranić ciało, lecz nie mają pełnej władzy nad człowiekiem. Ostateczny los uczniów pozostaje
    w rękach Boga.
    Najczulszy obraz pojawia się jednak w słowach o wróblach. Wróble należały do najtańszych ptaków sprzedawanych na rynku. Z ludzkiej perspektywy niemal nie miały wartości. Jezus mówi jednak, że żaden z nich nie upada bez wiedzy Ojca. Następnie zapewnia uczniów, że policzone są nawet wszystkie włosy na ich głowach. To nie jest obraz Boga prowadzącego chłodną ewidencję stworzenia.
    To język najgłębszego zainteresowania. Ojciec zna to, czego człowiek sam nie potrafi policzyć. Nic z naszego życia nie jest dla Niego zbyt małe, aby to zauważył. Jezus nie mówi, że wróbel nigdy nie spadnie. Nie obiecuje też uczniom, że nigdy nie zostaną zranieni. Obiecuje coś innego: żaden upadek nie wydarza się poza spojrzeniem Ojca. Bóg nie zawsze powstrzymuje cierpienie, lecz nigdy nie staje się wobec niego obojętny.
    „Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli”. Nie dlatego, że zawsze będziemy silni. Nie dlatego, że zdołamy wszystko przewidzieć. Możemy nie pozwolić lękowi kierować naszym życiem, ponieważ jesteśmy znani i strzeżeni przez Ojca, dla którego nic w nas nie jest nieważne.

    Jezus, który przyznaje się do człowieka

    Jezus mówi, że do tego, kto przyzna się do Niego przed ludźmi, również On przyzna się przed Ojcem. W tych słowach obecne jest wezwanie do odwagi, ale można zobaczyć w nich także niezwykłą obietnicę. Jezus przedstawia ucznia Ojcu jako kogoś, kto do Niego należy. Człowiek może zostać odrzucony przez ziemskie środowisko, niezrozumiany, wyśmiany albo pozbawiony dobrego imienia. Jezus mówi jednak: „Ja się ciebie nie zaprę. Wobec Ojca wypowiem twoje imię”. Nasze świadectwo o Jezusie jest odpowiedzią na Jego wcześniejszą wierność wobec nas. To On pierwszy przyjął nas jako swoich. Trudne słowa o zaparciu się Go nie mają popychać człowieka ku rozpaczliwemu udowadnianiu własnej odwagi. Piotr, który ze strachu wyparł się Jezusa, został później odnaleziony i przywrócony. Ostrzeżenie jest poważne, ale ostatnim słowem Jezusa wobec skruszonego ucznia pozostaje miłosierdzie.

    Miecz, który ujawnia prawdę

    Jednymi z najtrudniejszych słów rozdziału są te, w których Jezus mówi, że nie przyszedł przynieść pokoju, lecz miecz. Nie jest to wezwanie do przemocy.
    Ten sam Jezus błogosławi ludzi wprowadzających pokój, nakazuje kochać nieprzyjaciół, a podczas pojmania każe schować miecz. Miecz jest tutaj obrazem podziału, jaki może wywołać spotkanie z prawdą. Jezus przychodzi z pokojem pojednania z Bogiem, ale nie z pozornym spokojem osiągniętym dzięki przemilczaniu zła. Jego obecność domaga się decyzji i odsłania to, co wcześniej pozostawało ukryte. Czasem najbardziej kochającą rzeczą nie jest utrzymanie ciszy za wszelką cenę. Miłość może wymagać nazwania krzywdy, postawienia granicy, odmowy uczestniczenia w złu albo wybrania prawdy mimo niezrozumienia najbliższych. Czułe Serce Boga nie jest sercem, które akceptuje wszystko. Jest łagodne, ale prawdziwe. Jego miłość leczy, dlatego musi również odsłonić to, co niszczy człowieka.

    Kochać Jezusa bardziej

    Jezus mówi, że kto kocha ojca, matkę, syna albo córkę bardziej niż Jego, nie jest Go godzien. Nie zachęca w ten sposób do zaniedbywania rodziny. W całej Ewangelii miłość do Boga prowadzi do głębszej, odpowiedzialnej miłości wobec ludzi. Jezus dotyka jednak kwestii pierwszeństwa. Żaden człowiek nie może zająć miejsca Boga. Jeśli od drugiej osoby oczekujemy, że zapewni nam ostateczne bezpieczeństwo, wartość i sens, nakładamy na nią ciężar, którego nie jest w stanie unieść. Relacja, która staje się absolutem, może stopniowo zamienić miłość w lęk, kontrolę albo uzależnienie. Pierwszeństwo Jezusa nie pomniejsza ludzkiej miłości. Oczyszcza ją. Kiedy wiem, że ostatecznie należę do Boga, nie muszę posiadać drugiego człowieka. Mogę go kochać, nie czyniąc z niego źródła własnego istnienia. Mogę też pozostać wierna dobru, nawet jeśli ktoś bliski nie akceptuje mojego wyboru.

    Wziąć swój krzyż

    Dla pierwszych słuchaczy krzyż nie był religijną ozdobą. Był narzędziem hańby, cierpienia i śmierci. Słowa Jezusa musiały więc brzmieć wstrząsająco. Wzięcie krzyża nie oznacza, że każde cierpienie trzeba biernie zaakceptować. Nie oznacza zgody na przemoc, trwanie w krzywdzie ani rezygnacji z szukania pomocy. Jezus wielokrotnie uwalnia ludzi od tego, co ich niszczy. Krzyż oznacza raczej cenę miłości wiernej do końca. Jest zgodą, aby prawda, dobro i wierność Bogu były ważniejsze niż zachowanie własnej wygody, pozycji czy aprobaty innych.
    Jezus nie każe uczniom iść drogą, której sam nie wybierze. Zanim krzyż stanie się ich wezwaniem, jest Jego własną drogą. Bóg nie stoi obok cierpiącego człowieka i nie wydaje mu chłodnego polecenia: „Nieś”. W Jezusie sam bierze krzyż na ramiona. To zmienia wszystko. Chrześcijanin nie niesie krzyża po to, aby zasłużyć na miłość Boga. Może go przyjąć dlatego, że został już pokochany i nie idzie sam.

    Stracić życie, aby je odnaleźć

    Jezus mówi, że kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci je z Jego powodu, odnajdzie je. Człowiek może tak bardzo próbować zabezpieczyć siebie, że przestanie naprawdę żyć. Może unikać każdej straty, każdego ryzyka i każdej prawdziwej więzi. Może budować życie wyłącznie wokół własnego bezpieczeństwa, aż stanie się ono ciasne i zamknięte. Jezus zaprasza do innego życia — otrzymywanego jako dar i dlatego zdolnego stać się darem.
    Stracić życie dla Niego nie znaczy przestać troszczyć się o siebie ani pozwalać innym siebie niszczyć. Oznacza przestać czynić własne „ja” jedynym centrum świata. To zgoda, aby miłość była ważniejsza niż egoizm, prawda większa niż reputacja, a wierność cenniejsza niż wygoda. Paradoks Ewangelii polega na tym, że właśnie wtedy człowiek odnajduje siebie najpełniej.

    Bóg ukryty w przyjmowanym człowieku

    Rozdział kończy się słowami o przyjmowaniu posłanych. Kto przyjmuje ucznia Jezusa, przyjmuje samego Jezusa, a kto przyjmuje Jezusa, przyjmuje Ojca.
    W ten sposób droga prowadzi z powrotem do Czułego Serca Boga. Ojciec posyła Syna. Syn posyła uczniów. Uczeń przychodzi do człowieka. A człowiek, otwierając przed nim drzwi, może nieświadomie przyjąć samego Boga.
    Na końcu Jezus wspomina o podaniu kubka świeżej wody jednemu z najmniejszych. To drobny gest — niemal niewidoczny. Nie wymaga wielkich zdolności, pozycji ani środków. Bóg jednak go zauważa. Rozdział rozpoczyna się od wielkich znaków: uzdrawiania chorych, oczyszczania trędowatych i wskrzeszania umarłych. Kończy się kubkiem wody. Jakby Jezus chciał powiedzieć, że w królestwie Ojca ważne są zarówno wielkie misje, jak
    i najmniejszy gest czułości. Nie każdy będzie przemawiał do tłumów. Każdy może jednak zauważyć spragnionego człowieka. Nic, co zostało uczynione z miłości, nie jest dla Boga zbyt małe.

    Co Mateusz 10 mówi o Czułym Sercu Boga?

    Dziesiąty rozdział Ewangelii Mateusza pokazuje Boga, który:

    • odpowiada na cierpienie ludzi, posyłając do nich swoich uczniów;
    • zna każdego powołanego po imieniu i posługuje się ludźmi niedoskonałymi;
    • dzieli się swoją mocą, zamiast zatrzymywać ją wyłącznie dla siebie;
    • przypomina, że wszystko zaczyna się od darmowego daru;
    • uczy nas zarówno dawania, jak i przyjmowania pomocy;
    • przynosi pokój, ale nigdy nie narzuca go przemocą;
    • nie ukrywa przed nami trudności i przygotowuje nas na prawdę;
    • nie pozwala, aby owce musiały zamienić się w wilki;
    • łączy niewinność z roztropnością, a czułość ze zdrowymi granicami;
    • daje swojego Ducha w chwili lęku i bezradności;
    • dostrzega każdy nasz upadek i zna nawet włosy na naszej głowie;
    • przyznaje się do tych, którzy zaufali Jezusowi;
    • nie daje pozornego pokoju kosztem prawdy;
    • oczyszcza nasze relacje, zajmując w sercu pierwsze miejsce;
    • nie patrzy na nasz krzyż z daleka, lecz sam idzie przed nami;
    • dostrzega nawet kubek wody podany najmniejszemu człowiekowi.

    Czułość, która otrzymuje ręce i nogi

    W dziewiątym rozdziale widzieliśmy Jezusa, którego Serce porusza się na widok znękanych i porzuconych ludzi. W rozdziale dziesiątym to współczucie zostaje powierzone uczniom. Jezus jakby mówił: „Widzieliście, jak patrzę na człowieka. Widzieliście, jak zbliżam się do chorych, grzesznych, odrzuconych i pogrążonych w żałobie. Teraz idźcie i nieście innym to, co sami przy Mnie otrzymaliście”.
    Uczeń Jezusa nie zostaje posłany przede wszystkim po to, aby wygrać spór, zbudować własną pozycję albo udowodnić światu swoją rację. Zostaje posłany, aby objawiać Serce Ojca.
    Czasem zrobi to, wypowiadając prawdę. Czasem, pozostając wiernym mimo sprzeciwu. Czasem, wyznaczając potrzebną granicę. A czasem po prostu podając komuś kubek świeżej wody. Misja nie zaczyna się od pytania: „Czy jestem wystarczająco silna?”. Zaczyna się od świadomości, że zostałam wezwana po imieniu, obdarowana i posłana przez Tego, który zna wszystkie moje lęki.
    Nie muszę być źródłem czułości. Mam pozwolić, aby czułość Boga przepływała przeze mnie.

    Pytania do osobistej refleksji

    1. Czy potrafię uwierzyć, że Jezus może mnie powołać i posłać pomimo mojej niedoskonałości?
    2. Co otrzymałam od Boga darmo i czym mogę podzielić się z innymi?
    3. Czy łatwiej jest mi pomagać, czy przyjmować pomoc i zależeć od innych?
    4. Gdzie potrzebuję połączyć łagodność gołębia z roztropnością węża?
    5. Czy nie mylę czułości z brakiem granic albo obowiązkiem zdobycia akceptacji wszystkich ludzi?
    6. Jakie słowa Jezusa: „Nie bój się”, są mi dzisiaj najbardziej potrzebne?
    7. Czy wierzę, że Ojciec widzi również te cierpienia, których nie usuwa natychmiast?
    8. Czy któraś z moich relacji zajęła w sercu miejsce, które powinno należeć do Boga?
    9. Jaki krzyż jest dzisiaj ceną mojej wierności miłości i prawdzie?
    10. Komu mogę podać mój „kubek świeżej wody” — ofiarować mały, konkretny gest troski?

    Modlitwa

    Jezu, Ty spojrzałeś na znękanych ludzi i Twoje Serce napełniło się współczuciem. Dziękuję Ci, że również mnie wołasz po imieniu. Nie czekasz, aż stanę się doskonała, lecz zapraszasz mnie, abym szła blisko Ciebie i uczyła się Twojego sposobu kochania. Przypominaj mi, że wszystko otrzymałam darmo.
    Chroń mnie przed pychą, jakbym była właścicielką Twoich darów,
    i przed lękiem, jakbym musiała nieść Twoją misję własnymi siłami.
    Daj mi serce łagodne i roztropne. Naucz mnie nie odpowiadać złem na zło,
    ale także nie nazywać miłością tego, co pozwala krzywdzie trwać.
    Kiedy zabraknie mi słów, niech mówi przeze mnie Duch Ojca.
    Kiedy pojawi się lęk, przypomnij mi o wróblach i o tym, że wszystkie włosy na mojej głowie są przez Ciebie policzone.
    Pomóż mi uwierzyć, że nic z mojego życia nie umyka Twojemu spojrzeniu.
    Nawet gdy upadam, nie spadam poza zasięg Twojego Serca.
    Daj mi odwagę wybierania prawdy, ale zachowaj mnie od surowości.
    Daj mi gotowość niesienia krzyża, ale nie pozwól mi nazywać krzyżem
    krzywdy, przed którą powinnam się chronić.
    Naucz mnie odnajdywać życie, czyniąc je darem.
    A kiedy nie będę zdolna do wielkich rzeczy, pokaż mi człowieka, któremu mogę podać kubek świeżej wody. Niech moje słowa, decyzje i małe gesty
    objawiają Czułe Serce Ojca — Serce, które zna człowieka po imieniu,
    widzi jego lęk, przywraca mu godność i nigdy nie uważa miłości za zbyt małą. Amen.

  • IX Rozdział Mateusza

    IX Rozdział Mateusza

    „Ufaj, synu. Ufaj, córko” — Serce Boga w dziewiątym rozdziale Ewangelii Mateusza

    Dziewiąty rozdział Ewangelii Mateusza jest pełen ruchu. Jezus przeprawia się przez jezioro, wchodzi do domów, siada przy stole, odpowiada na pytania, zatrzymuje się pośród tłumu. Wokół Niego nieustannie pojawiają się ludzie niosący choroby, grzech, żałobę, samotność i tęsknotę. Każdy czegoś od Niego chce. Każdy przynosi własny ciężar. Jezus jednak nie reaguje zniecierpliwieniem. Nie widzi przed sobą kolejnych problemów do rozwiązania, lecz konkretnych ludzi — każdego z jego historią, zranieniem i pragnieniem ukrytym nieraz głębiej niż wypowiedziana prośba.

    W całym tym rozdziale Jezus objawia Czułe Serce Boga. Nie tylko opowiada, jaki jest Ojciec. Pokazuje Go całym sobą: spojrzeniem, dotykiem, obecnością i słowami, którymi zwraca się do cierpiących.

    Jezus chce pokazać nam Ojca

    Szczególnie poruszają mnie dwa słowa Jezusa: „synu” i „córko”.

    Jest w nich coś zaskakującego. Jezus miał około trzydziestu lat, a zwracał się w ten sposób do dorosłych ludzi. Niektórzy z nich mogli być od Niego starsi. Dlaczego więc nazywał ich synem i córką?
    Być może właśnie dlatego, że Jezus nie przyszedł jedynie przekazać ludziom informacji o Bogu. Pragnął całym sobą objawić Ojca. Nie tylko mówił, jaki jest Bóg — pozwalał ludziom usłyszeć ton Jego głosu. Kiedy Jezus mówi do sparaliżowanego: „Ufaj, synu”, a do cierpiącej kobiety: „Ufaj, córko”, w Jego słowach można usłyszeć Serce Ojca. Jakby sam Bóg pochylał się nad człowiekiem i mówił: „Nadal do Mnie należysz. Twoja choroba nie odebrała ci miejsca w Moim domu. Twój grzech nie przekreślił twojego dziecięctwa. Nie jesteś dla Mnie obcym przypadkiem ani problemem do rozwiązania. Jesteś Moim dzieckiem”. Bo właśnie przez Jezusa niewidzialna czułość Ojca staje się widzialna i słyszalna.

    „Ufaj, synu” — Bóg widzi głębiej niż naszą niemoc

    Pierwszym cierpiącym człowiekiem, którego spotykamy w tym rozdziale, jest sparaliżowany. Nie może sam przyjść do Jezusa. Zostaje przyniesiony przez innych.

    Jezus zauważa nie tylko jego bezwładne ciało, lecz także wiarę ludzi, którzy go niosą. Pierwsze słowa, jakie kieruje do chorego, nie dotyczą jednak chodzenia. Najpierw mówi: „Ufaj, synu”. Zanim człowiek stanie na nogach, słyszy, że jest synem. To ważna kolejność. Jezus nie rozpoczyna od diagnozy, napomnienia ani wypominania win. Najpierw przywraca człowiekowi poczucie przynależności, przywraca mu tożsamość dziecka Bożego. Jakby chciał powiedzieć: „Jesteś blisko. Nie jesteś dla Mnie ciężarem. Twoja niemoc nie odebrała ci godności”. Dopiero później mówi o odpuszczeniu grzechów i uzdrowieniu.
    Czułość Boga nie polega jedynie na usuwaniu bólu. Sięga głębiej — do miejsca,
    w którym człowiek boi się, że z powodu swoich słabości przestał zasługiwać na miłość.

    Być może istnieją w nas obszary sparaliżowane przez lęk, wstyd, poczucie winy albo bezradność. Jezus nie patrzy na nie z pogardą. Nie przynagla nas chłodno, abyśmy natychmiast wzięli się w garść. Najpierw przywraca nam ufność: „Synu, córko, nadal jesteś blisko”.

    Spojrzenie, które nie zamyka człowieka w przeszłości

    Następnie Jezus spotyka Mateusza siedzącego w komorze celnej. Dla wielu ludzi Mateusz był zapewne człowiekiem moralnie podejrzanym, współpracownikiem okupanta i kimś stojącym poza wspólnotą osób pobożnych. Jezus widzi go jednak inaczej. Nie mówi: „Najpierw napraw swoje życie, udowodnij, że się zmieniłeś,
    a później wróć”. Mówi po prostu: „Pójdź za Mną”. Jedno spojrzenie i jedno zdanie otwierają przed Mateuszem przyszłość. Tam, gdzie inni widzą tylko celnika, Jezus widzi ucznia. Tam, gdzie człowiek dostrzega zmarnowane lata, Bóg może już widzieć początek nowej drogi.
    Powołanie Mateusza przypomina, że przemiana nie zawsze poprzedza spotkanie z Bogiem. Bardzo często jest jego owocem. Najpierw zostajemy zauważeni i zaproszeni. Dopiero później, w bliskości Jezusa, uczymy się żyć inaczej.

    Bóg siada przy stole z niedoskonałymi

    Jezus przyjmuje zaproszenie do domu Mateusza. Przy stole pojawiają się celnicy
    i ludzie nazywani grzesznikami. Dla faryzeuszów staje się to powodem zgorszenia. Jezus odpowiada obrazem lekarza. Zdrowi nie potrzebują lekarza — potrzebują go ci, którzy źle się mają. Następnie przypomina, że Bóg pragnie miłosierdzia bardziej niż ofiary. To jedno z najczulszych objawień Ojca w całym rozdziale.
    Jezus nie tworzy wspólnoty ludzi udających, że są zdrowi. Tworzy miejsce, w którym można przestać ukrywać swoje rany. Nie domaga się, aby człowiek najpierw sam się uleczył, a dopiero później przyszedł do Boga.
    Miłosierdzie nie oznacza, że zło przestaje być złem. Oznacza, że człowiek zraniony przez zło — także przez własne wybory — nie przestaje być wart ratowania. Bóg nie boi się usiąść przy stole naszego nieuporządkowanego życia. Nie czeka na sterylną przestrzeń. Przychodzi jako Lekarz właśnie dlatego, że potrzebujemy uzdrowienia.

    Wiara jako bliskość Oblubieńca

    Uczniowie Jana pytają Jezusa o post. Zastanawiają się, dlaczego Jego uczniowie nie poszczą tak jak inni. Jezus mówi wtedy o sobie jako o Oblubieńcu.
    To niezwykle delikatny obraz. Wiara nie zostaje przedstawiona przede wszystkim jako obowiązek, lecz jako relacja. W centrum życia duchowego nie stoi perfekcyjne wypełnianie zasad, ale obecność Kogoś, kto kocha.
    Jezus mówi również o nowym winie i nowych bukłakach. Spotkania z Nim nie da się sprowadzić do dołożenia kilku religijnych praktyk do starego sposobu myślenia. Jego czułość odnawia człowieka od środka.
    Praktyki duchowe są dobre, kiedy prowadzą do spotkania z Oblubieńcem. Oderwane od miłości mogą stać się ciężarem i sposobem udowadniania własnej wartości. Przeżywane w relacji stają się odpowiedzią tęskniącego serca.

    „Ufaj, córko” — Bóg zauważa ukryte cierpienie

    Kiedy Jezus idzie do córki przełożonego synagogi, zbliża się do Niego kobieta cierpiąca od dwunastu lat na krwotok. Jej choroba oznacza nie tylko fizyczne osłabienie. Niesie także społeczne wykluczenie, poczucie nieczystości, wstyd i osamotnienie. Kobieta nie prosi publicznie o pomoc. Podchodzi od tyłu i dotyka skraju płaszcza Jezusa. Jakby pragnęła zostać uzdrowiona, a jednocześnie pozostać niezauważona. Jezus jednak się odwraca. Nie robi tego, aby ją zawstydzić. Chce, by wiedziała, że nie została uzdrowiona przypadkiem ani ukradkiem. Patrzy na nią i mówi: „Ufaj, córko”. Zanim kobieta odejdzie uzdrowiona, zostaje nazwana córką. To nie jest tylko ciepły zwrot. Jezus przywraca jej miejsce pośród ludzi. Do tej, która przez lata mogła czuć się nieczysta, odrzucona i zapomniana, przemawia językiem więzi. „Jesteś córką. Należysz. Masz swoje miejsce. Twoje cierpienie nie odebrało ci godności”. Czułe Serce Boga dostrzega także ludzi, którzy nie potrafią głośno prosić. Widzi dyskretny gest, niewypowiedzianą modlitwę i tę resztkę nadziei, z którą człowiek dotyka skraju Jego szaty.
    Nie każda modlitwa musi być odważna i pięknie sformułowana. Czasem całą naszą wiarą jest cichy gest wykonany z ukrycia. Jezus również taką wiarę zauważa.

    Bóg wchodzi do domu żałoby

    W domu przełożonego synagogi panuje już atmosfera śmierci. Są fleciści, tłum
    i zamieszanie. Wszystko zdaje się przesądzone. Jezus jednak wchodzi do środka.
    To także jest objawienie Ojca. Bóg nie pozostaje na zewnątrz domu, w którym człowiek płacze. Nie obserwuje cierpienia z bezpiecznej odległości. Wchodzi w sam środek straty. Jezus bierze dziewczynkę za rękę i ją podnosi. Mógłby dokonać cudu bez dotykania jej. Wybiera jednak gest bliskości.
    Ten dotyk ma szczególne znaczenie. Według Prawa kontakt ze zmarłym powodował rytualną nieczystość. Jezus zbliża się więc do tego, od czego inni powinni się odsunąć. Dotyka miejsca naznaczonego śmiercią i nieczystością. Dzieje się jednak coś niezwykłego: to nie nieczystość przechodzi na Jezusa, lecz życie płynące od Jezusa przechodzi na dziewczynkę. Jego świętość nie jest krucha ani zagrożona przez ludzką słabość. Jest mocą, która oczyszcza, uzdrawia i przywraca życie. Tam, gdzie wszyscy widzą już tylko śmierć, Jezus nadal widzi człowieka, którego można wziąć za rękę i podnieść człowieka także z grobu i obdarzyć go życiem.
    Nie każda nasza historia kończy się natychmiastowym cudem. Ewangelia nie obiecuje życia pozbawionego straty i żałoby. Objawia jednak Boga, dla którego śmierć nie jest ostatnim słowem. Jezus nie stoi bezradnie przed tym, co dla nas jest końcem. Wchodzi w sam środek śmierci, bierze człowieka za rękę i prowadzi go ku życiu — ostatecznie ku życiu wiecznemu. W domu śmierci Jezus wykonuje gest życia. To czułość, która nie tylko towarzyszy człowiekowi w umieraniu, lecz ma moc przeprowadzić go przez śmierć.

    Bóg pozwala nam nazwać własne pragnienie

    Za Jezusem idą dwaj niewidomi. Wołają: „Ulituj się nad nami, Synu Dawida”. Jezus pyta ich, czy wierzą, że może ich uzdrowić. Nie jest to egzamin, który ma wykazać, czy zasługują na cud. Jezus pozwala im nazwać swoje pragnienie i świadomie powierzyć Mu własną bezradność. Następnie dotyka ich oczu.
    W tym rozdziale Jezus często mógłby ograniczyć się do wydania polecenia.
    On jednak zbliża się i dotyka. Nie traktuje cierpiącego człowieka jak anonimowego przypadku. Podchodzi wystarczająco blisko, aby jego spotkanie z Bogiem stało się osobiste. Niewidomi uczą nas modlitwy prostej i prawdziwej. Nie musimy wszystkiego rozumieć ani posiadać idealnej wiary. Możemy wołać o miłosierdzie
    i przynieść Jezusowi to, czego sami nie jesteśmy w stanie uleczyć.

    Jezus przywraca człowiekowi głos

    Kolejnym uzdrowionym jest człowiek niemy i dręczony przez złego ducha.
    Po uwolnieniu zaczyna mówić.
    Można zobaczyć w tym znaku coś więcej niż fizyczne uzdrowienie. Zło odbiera człowiekowi głos. Wmawia mu, że nie ma prawa prosić, nazywać swojej krzywdy, opowiadać własnej historii ani sprzeciwiać się temu, co go niszczy. Jezus przywraca zdolność mówienia. Czułe Serce Boga nie chce naszej bierności ani milczenia wynikającego z lęku. Pragnie, abyśmy odzyskali głos: mogli wypowiedzieć prawdę, poprosić o pomoc, modlić się i wejść w relację.
    Reakcje świadków są jednak różne. Tłumy się dziwią, lecz faryzeusze oskarżają Jezusa. Można zobaczyć dobro i tak bardzo obawiać się utraty własnego sposobu myślenia, że nazwie się je złem. Czułość wymaga otwartego serca — gotowego rozpoznać Boga również wtedy, gdy działa inaczej, niż się spodziewaliśmy.

    Jezus widzi ludzi zmęczonych i porzuconych

    Kulminacja całego rozdziału następuje pod koniec. Jezus obchodzi miasta i wioski, naucza, głosi Ewangelię i leczy. Kiedy patrzy na tłumy, lituje się nad nimi, ponieważ są znękane i porzucone jak owce niemające pasterza. To nie jest przelotne wzruszenie. Cierpienie człowieka porusza Jezusa w najgłębszym wnętrzu.
    On nie widzi bezimiennej masy ludzi. Widzi każdego osobno. Dostrzega tych, którzy są zmęczeni dźwiganiem życia. Widzi zagubionych, społecznie odrzuconych, chorych, winnych i samotnych. I nie oskarża ich o to, że są zagubieni.
    To może być najważniejszy obraz Boga w całym rozdziale. Jezus patrzy na ludzkie pogubienie nie z chłodnym rozczarowaniem, ale ze współczuciem. Nasze zmęczenie nie budzi w Nim irytacji. Nasza bezradność porusza Jego Serce.
    Tak właśnie Jezus objawia Ojca.

    Żniwo czułości

    Jezus mówi uczniom, że żniwo jest wielkie, lecz robotników mało. Prosi, aby modlili się o tych, którzy zostaną posłani. Po wszystkich opisanych spotkaniach wiadomo już, jakich robotników potrzebuje to żniwo. Nie chodzi tylko o sprawnych organizatorów czy ludzi potrafiących wiele mówić o Bogu. Potrzebni są ci, którzy nauczą się patrzeć na człowieka oczami Jezusa.

    To ludzie, którzy zobaczą syna w sparaliżowanym, ucznia w celniku i córkę
    w wykluczonej kobiecie. Ludzie, którzy dostrzegą życie tam, gdzie inni widzą już tylko kres. Gotowi wejść do domu żałoby, usiąść przy stole z niedoskonałymi i usłyszeć wołanie tych, których tłum łatwo pomija.
    Modlitwa o robotników jest więc także modlitwą o przemianę naszego serca:„Panie, naucz mnie widzieć ludzi tak, jak Ty ich widzisz. Daj mi nieść innym tę czułość, którą sam od Ciebie otrzymuję”.

    Co Mateusz 9 mówi o Czułym Sercu Boga?

    Dziewiąty rozdział Ewangelii Mateusza pokazuje Boga, który:

    • przywraca nam przynależność, zanim cokolwiek zdołamy naprawić;
    • widzi przyszłość człowieka, a nie wyłącznie jego przeszłość;
    • zbliża się do grzesznych i poranionych jak lekarz do chorego;
    • nie boi się naszego chaosu, wstydu ani żałoby;
    • zauważa nawet modlitwę, której nie umiemy wypowiedzieć;
    • dotyka miejsc uznanych przez innych za nieczyste lub beznadziejne;
    • oddaje człowiekowi głos, godność i zdolność życia;
    • patrzy na zagubionych ze współczuciem, a nie z oskarżeniem;
    • nazywa nas synami i córkami;
    • zaprasza, abyśmy stali się przedłużeniem Jego czułości wobec innych.

    Jezus nie tylko mówi o takim Bogu. Sam jest Jego najpełniejszym objawieniem.
    W sposobie, w jaki patrzy na człowieka, słyszymy i widzimy Serce Ojca.

    Nie jestem sierotą!

    Być może tego właśnie najbardziej potrzebuje zranione serce: nie tylko rozwiązania problemu, lecz zapewnienia, że cierpienie nie uczyniło go sierotą. Jezus uzdrawia nie tylko ciało i okoliczności. Uzdrawia również tożsamość. Zanim sparaliżowany stanie na nogach, słyszy, że jest synem. Zanim kobieta odejdzie uzdrowiona, zostaje nazwana córką. Najpierw otrzymują bliskość i przynależność, a dopiero potem doświadczają przemiany swojej sytuacji. W Jezusie Bóg nie przemawia do nas chłodnym, urzędowym językiem. Zwraca się słowami więzi. Jezus użycza swoich ludzkich ust, aby człowiek mógł usłyszeć czułość Ojca: „Synu. Córko. Jesteś blisko. Należysz do Mnie. Możesz Mi zaufać”.

    Pytania do osobistej refleksji

    1. Która z osób spotkanych przez Jezusa jest dzisiaj najbliższa mojemu doświadczeniu?
    2. W jakiej dziedzinie życia potrzebuję usłyszeć: „Ufaj, synu” albo „Ufaj, córko”?
    3. Czy jest we mnie miejsce, które próbuję ukryć przed Bogiem, ponieważ wydaje mi się zbyt nieuporządkowane?
    4. Czy wierzę, że cierpienie, grzech albo bezradność nie odebrały mi miejsca w Sercu Ojca?
    5. Czy potrafię przyjąć, że Jezus widzi we mnie przyszłość, której ja jeszcze nie dostrzegam?
    6. Na kogo patrzę głównie przez pryzmat jego błędów, opinii lub przeszłości?
    7. Komu mogę w tym tygodniu okazać czułość poprzez obecność, wysłuchanie lub przywrócenie nadziei?

    Modlitwa

    Jezu, Ty przyszedłeś objawić nam Ojca.
    W Twoim spojrzeniu, dotyku i słowach możemy zobaczyć Jego Czułe Serce.
    Spójrz również na mnie. Wejdź do miejsc, w których straciłam nadzieję.
    Dotknij tego, co boli, choć nie umiem o tym opowiedzieć.
    Kiedy czuję się obca, przypomnij mi, że jestem córką.
    Kiedy wstydzę się własnej niemocy, powiedz do mnie ponownie: „Ufaj”.
    Ulecz we mnie lęk, że moje cierpienie oddaliło mnie od Ciebie.
    Przywróć mi pewność, że nadal mam miejsce w domu Ojca.
    Naucz mnie patrzeć na innych Twoimi oczami.
    Daj mi serce, które nie osądza zagubionych, lecz rozpoznaje ich zmęczenie.
    Uczyń mnie człowiekiem Twojego żniwa —kimś, kto niesie bliskość, podnosi
    i przywraca godność.
    Niech moje życie opowiada o tym, że nikt nie jest dla Ciebie obcy, a Twoje Serce pozostaje otwarte dla każdego, kto potrzebuje miłosierdzia. Amen.

  • VIII Mateusza- Jezus ukazuje nam Ojca w działaniu

    VIII rozdział Ewangelii Mateusza jest pełen niezwykłych wydarzeń. Jezus uzdrawia chorych, uspokaja burzę i uwalnia ludzi dręczonych przez złe duchy. Można czytać te historie przede wszystkim jako opis Jego wielkiej mocy. Warto jednak spojrzeć głębiej. Za każdym cudem kryje się czyjaś historia. Człowiek odrzucony przez innych. Dowódca martwiący się o swojego sługę. Chora kobieta leżąca w domu. Przerażeni uczniowie walczący z żywiołem. Dwaj ludzie, którzy utracili kontrolę nad własnym życiem. Jezus zauważa każdego z nich.

    W Jego zachowaniu widzimy nie tylko potęgę Syna Bożego, lecz także Ojcowskie serce Boga. Boga, który nie przygląda się ludzkiemu cierpieniu z bezpiecznej odległości. Boga, który wychodzi człowiekowi naprzeciw, dotyka jego ran i przywraca mu nadzieję.

    Bóg, który nie cofa ręki

    Kiedy Jezus schodzi z góry, podchodzi do Niego człowiek chory na trąd. Jego cierpienie było znacznie większe niż sama choroba. Trąd oznaczał samotność, wykluczenie i życie na marginesie wspólnoty. Inni ludzie prawdopodobnie od dawna odsuwali się na jego widok. Być może najbardziej bolesne nie było nawet to, co działo się z jego ciałem, ale przekonanie, że nikt nie chce być blisko niego. Mężczyzna klęka przed Jezusem. Wierzy, że Jezus może go uzdrowić. Nie wie tylko, czy zechce to zrobić.
    To pytanie może być zaskakująco bliskie także nam. Czasem nie wątpimy, że Bóg jest wszechmocny. Zastanawiamy się jednak, czy Jego moc jest również dla nas. Czy zainteresuje się właśnie moją historią? Czy zechce pochylić się nad moją raną? Czy nie jestem dla Niego zbyt brudny, zbyt zagubiony albo zbyt daleki?

    Jezus odpowiada jednym, niezwykle ważnym słowem: „Chcę”. Następnie wyciąga rękę i dotyka chorego. Mógł uzdrowić go z odległości, a jednak daje mu coś, czego ten człowiek prawdopodobnie od dawna nie doświadczał — bezpieczną bliskość. Dotyk Jezusa mówi: „Nie odsuwam się od ciebie. Twoja rana mnie nie odstrasza. Nadal jesteś człowiekiem, którego można objąć miłością”.
    Tym gestem Jezus przekracza granicę, której ludzie bali się przekroczyć. Dotknięcie człowieka chorego na trąd wiązało się z nieczystością rytualną. Jezus nie lekceważy jednak Bożego Prawa ani nie popełnia grzechu. Pokazuje raczej jego najgłębszy sens: Prawo nie miało usprawiedliwiać obojętności, lecz służyć życiu, świętości
    i dobru człowieka. Miłosierdzie Boga nie zatrzymuje się przed cierpiącym.
    W tej scenie dzieje się coś niezwykłego. Zwykle obawiano się, że nieczystość chorego przejdzie na człowieka zdrowego. Przy Jezusie kierunek zostaje odwrócony: to Jego czystość, zdrowie i życie dosięgają chorego. Jezus nie zostaje pokonany przez nieczystość — On ją usuwa.

    Tak wygląda serce Ojca. Bóg nie brzydzi się naszą słabością. Nie boi się naszych trudnych pytań, porażek ani miejsc, które próbujemy przed Nim ukryć. Tam, gdzie inni widzą przede wszystkim problem, On widzi swoje ukochane dziecko. Zbliża się do niego, wyciąga rękę i pragnie mu pomóc.

    Ojciec, który słyszy modlitwę za drugiego człowieka

    Następnie do Jezusa przychodzi setnik — rzymski dowódca i poganin. Nie należy do religijnego świata Izraela. Nie prosi jednak o nic dla siebie. Martwi się o swojego cierpiącego sługę. W tej scenie spotykają się dwa poruszone serca. Setnik nie jest obojętny na cierpienie podległego mu człowieka, a Jezus nie pozostaje obojętny na prośbę setnika. Dowódca wierzy, że Jezus nie musi nawet przychodzić do jego domu. Wystarczy jedno słowo. Rozumie, że władza Jezusa nie kończy się tam, gdzie kończy się zasięg ludzkiej ręki. Jezus dostrzega tę wiarę i stawia ją za przykład. Człowiek uważany przez wielu za obcego okazuje się kimś, kto naprawdę zaufał.

    Ojcowskie serce Boga nie zamyka się w granicach pochodzenia, kultury ani religijnej reputacji. Bóg potrafi znaleźć wiarę tam, gdzie inni się jej nie spodziewają. Jego stół jest większy niż nasze podziały, a Jego zaproszenie dociera do ludzi przychodzących ze wszystkich stron.

    Ta historia zachęca również do modlitwy za innych. Setnik przynosi Jezusowi nie własne cierpienie, lecz cierpienie swojego sługi. Miłość sprawia, że cudzy ból staje się dla niego ważny. Być może czasem właśnie w taki sposób mamy stanąć przed Bogiem — niosąc w modlitwie człowieka, który sam nie ma już siły prosić.

    Bóg obecny w zwyczajnym domu

    Kolejny cud nie wydarza się przed wielkim tłumem. Jezus wchodzi do domu Piotra i zauważa jego chorą teściową. To bardzo prosta, domowa scena. Nie ma w niej długiej rozmowy ani publicznego wystąpienia. Jest gorączka, łóżko i kobieta, która nie może uczestniczyć w codziennym życiu. Jezus bierze ją za rękę, a choroba ustępuje.

    Bóg objawia swoje serce nie tylko podczas wielkich wydarzeń. Wchodzi także do zwyczajnego domu. Interesuje Go to, co dzieje się przy naszym stole, w naszej rodzinie i w cichych pokojach, do których nie zagląda nikt z zewnątrz.

    Po uzdrowieniu kobieta wstaje i zaczyna usługiwać Jezusowi oraz pozostałym. Nie robi tego po to, aby zasłużyć na uzdrowienie. Służba jest odpowiedzią na otrzymane dobro. Taka jest kolejność łaski: najpierw Jezus podnosi człowieka, a później człowiek może służyć. Bóg nie czeka, aż udowodnimy swoją wartość. Najpierw daje, odnawia i przywraca siły. Dopiero z wdzięczności rodzi się odpowiedź naszego życia.

    Ten, który bierze nasze słabości

    Wieczorem do Jezusa przychodzą kolejni potrzebujący. Mateusz widzi w tych wydarzeniach wypełnienie słów proroka Izajasza o Słudze, który bierze na siebie nasze słabości i dźwiga nasze choroby. Jezus nie jest cudotwórcą budującym swoją sławę na nieszczęściu innych. On naprawdę współczuje. Ludzki ból nie stanowi dla Niego okazji do pokazania potęgi. Jest ciężarem, nad którym pochyla się z miłością. Nie oznacza to, że każda choroba zniknie natychmiast albo że człowiek wierzący nigdy nie będzie cierpiał. Sam Jezus pójdzie drogą odrzucenia, bólu i krzyża. Ewangelia daje nam jednak pewność, że Bóg nie jest obojętnym obserwatorem naszego cierpienia. W Jezusie Bóg wchodzi w sam środek ludzkiego bólu. Bierze go na siebie i prowadzi historię ku ostatecznemu uzdrowieniu. Nawet kiedy odpowiedź nie przychodzi w sposób, którego oczekujemy, możemy wiedzieć, że nasze łzy nie są Mu obojętne.

    Miłość, która zaprasza do drogi

    Po opisach uzdrowień pojawiają się dwie krótkie rozmowy o naśladowaniu Jezusa. Przypominają nam, że Jego miłość nie jest jedynie chwilowym pocieszeniem. Jest zaproszeniem do nowego życia. Jeden człowiek zapewnia, że pójdzie za Jezusem wszędzie. Jezus odpowiada, że Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie mógłby spokojnie złożyć głowę. Drugi chciałby odłożyć decyzję na później. Jemu Jezus pokazuje, że Boże wezwanie domaga się odpowiedzi teraz.

    Ojcowska miłość Boga jest czuła, ale nie jest powierzchowna. Ojciec nie tylko pociesza swoje dzieci — On również je prowadzi. Czasami prowadzi drogą, która wymaga opuszczenia wygody, porzucenia kontroli albo zmiany dotychczasowych priorytetów.

    Jezus nie ukrywa ceny uczniostwa. Nie obiecuje łatwej drogi. Obiecuje natomiast swoją obecność. Możemy nie wiedzieć, dokąd zaprowadzi kolejny krok, ale wiemy, za kim idziemy.

    Ojciec jest blisko także podczas burzy

    Uczniowie wsiadają z Jezusem do łodzi. Są posłuszni — i właśnie wtedy przychodzi burza. To ważny szczegół. Nie każda burza jest znakiem, że znaleźliśmy się poza Bożą wolą. Czasem trudności przychodzą właśnie na drodze, którą idziemy za Jezusem. Fale zalewają łódź, a Jezus śpi. Uczniom wydaje się, że za chwilę zginą. Wołają Go, ponieważ czują się opuszczeni.

    Czy nie jest to również nasze doświadczenie? W trudnych chwilach łatwo pomyśleć, że skoro Bóg milczy, to znaczy, że nie widzi albo przestał się troszczyć. Ciszę Boga odczytujemy jako Jego nieobecność. Jezus był jednak w łodzi przez cały czas. Ucisza wiatr i jezioro, ale wcześniej zwraca się do uczniów. Nie zawstydza ich za to, że Go obudzili. Dotyka głębszego problemu — strachu, który sprawił, że zapomnieli, kto płynie razem z nimi.
    Wiara nie zawsze oznacza brak lęku. Czasem wiara to wołanie do Jezusa pośród lęku. To decyzja, by nie uciekać od Niego, lecz zwrócić się właśnie ku Niemu.

    Ojcowskie serce Boga nie obiecuje nam życia bez fal. Obiecuje, że żadna fala nie wyrzuci nas poza zasięg Jego miłości. Możemy nie rozumieć ciszy Jezusa, ale Jego obecność w łodzi jest większa niż hałas burzy.

    Bóg, który przywraca człowiekowi wolność

    Po drugiej stronie jeziora Jezus spotyka dwóch ludzi dręczonych przez złe duchy. Ich życie zostało zniszczone. Budzili strach i prawdopodobnie od dawna byli traktowani bardziej jak zagrożenie niż jak ludzie. Jezus widzi jednak to, czego inni nie potrafią już dostrzec. Pod warstwą chaosu, agresji i zniewolenia nadal widzi osoby, których życie ma wartość. Zło rozpoznaje Jego władzę i musi ustąpić. Jezus pokazuje, że żadne zniewolenie nie jest dla Niego zbyt głębokie. Nie istnieje ciemność, w którą nie mógłby wejść ze swoim światłem.

    Zaskakująca jest reakcja mieszkańców. Kiedy dowiadują się o wydarzeniu, proszą Jezusa, aby odszedł z ich okolicy. Uwolnienie ludzi miało swoją cenę — utracone zostało stado świń, źródło ich zarobku, a znany porządek życia został naruszony. Czasem przyzwyczajamy się nawet do tego, co niszczy człowieka. Zmiana może wydawać się zbyt kosztowna. Łatwiej zachować dotychczasowy spokój niż pozwolić Jezusowi, by uporządkował wszystko na nowo.

    Ojcowskie serce Boga stawia jednak wartość człowieka ponad wygodą systemu. Tam, gdzie otoczenie widziało dwóch niebezpiecznych ludzi, Jezus widział dwóch synów, którym należało przywrócić wolność.

    Jedno serce, wiele spotkań

    Wszystkie historie z tego rozdziału łączy jedna prawda: Jezus nikogo nie traktuje jak anonimowego przypadku. Dla trędowatego ma dotyk. Dla setnika ma słowo. Dla chorej kobiety ma wyciągniętą rękę. Dla przerażonych uczniów ma obecność silniejszą niż burza. Dla zniewolonych ludzi ma wolność.
    W każdym z tych spotkań Jezus pokazuje nam, jaki jest Ojciec. Nie jest Bogiem chłodnym ani niedostępnym. Jego świętość nie odpycha skruszonego człowieka. Jego wielkość nie sprawia, że przestaje dostrzegać małe, codzienne cierpienia.
    To Ojciec, który widzi człowieka odrzuconego przez innych. Słyszy modlitwę wypowiedzianą za przyjaciela. Wchodzi do domu naznaczonego chorobą. Pozostaje w łodzi podczas burzy. Szuka człowieka zagubionego w najgłębszej ciemności.

    Pytania do osobistej refleksji

    1. Czy wierzę nie tylko w to, że Bóg może mi pomóc, ale również w to, że naprawdę chce być blisko mnie?
    2. Jakiej części swojego życia nie pokazuję Bogu z obawy, że mnie odrzuci?
    3. Kogo mogę dziś przynieść Jezusowi w modlitwie, tak jak setnik przyniósł sprawę swojego sługi?
    4. Czy potrafię zauważyć obecność Boga w zwyczajności mojego domu?
    5. Jaką burzę błędnie odczytuję jako dowód, że Bóg o mnie zapomniał?
    6. Czy jest coś, czego nie chcę oddać Jezusowi, ponieważ prawdziwa zmiana wydaje mi się zbyt kosztowna?
    7. W jaki sposób otrzymana od Boga miłość może stać się przeze mnie miłością okazaną drugiemu człowiekowi?

    Modlitwa

    Ojcze, dziękuję Ci, że w Jezusie pokazujesz mi swoje serce. Ty nie odsuwasz się od moich ran i nie odrzucasz mnie w chwilach słabości. Pomóż mi uwierzyć, że jestem przez Ciebie widziana, słyszana i kochana. Dotknij tego, co we mnie zranione. Wypowiedz swoje słowo nad tym, czego nie potrafię zmienić. Bądź ze mną w burzach, których nie rozumiem, i uwalniaj mnie od wszystkiego, co odbiera mi wolność. Naucz mnie przyjmować Twoją miłość i przekazywać ją dalej — szczególnie ludziom samotnym, odrzuconym i cierpiącym. Daj mi odwagę, abym nie tylko szukała Twojej pomocy, lecz także szła za Jezusem tam, dokąd mnie prowadzi. Amen.

  • VII Mateusza- Ojcowskie Serce, które prowadzi

    Zatrzymaj się… i popatrz w swoje serce

    Kiedy zaczynam czytać Mateusza VII rozdział, mam wrażenie, że Jezus siada obok mnie i pokazuje mi Serce Ojca. Ojca, który chce mnie nauczyć patrzeć na siebie
    z prawdą, na innych z miłością i na życie z zaufaniem.
    „Zanim popatrzysz na innych… popatrz na siebie.” I chyba właśnie od tego zaczyna się ten rozdział. Nie od wielkich słów. Nie od skomplikowanych zasad. Tylko od człowieka. Ode mnie. Od tego, co noszę w środku. I im dłużej czytam ten rozdział, tym bardziej widzę, że Jezus wcale nie próbuje nas osądzać. On próbuje nas nauczyć patrzeć na siebie i na innych trochę inaczej.


    „Nie sądźcie…”

    Jezus mówi o człowieku, który zauważył małą drzazgę w oku drugiej osoby,
    a nie zauważył belki we własnym. I pomyślałam sobie: Jak bardzo jesteśmy podobni do tego człowieka. Cudze błędy widzimy czasami z odległości kilku kilometrów. Swoje potrafimy przykryć całą historią usprawiedliwień. Ojciec nie chce, żebym żyła osądzaniem innych. Chce mnie uwolnić od tego, co zatruwa moje własne serce. Kiedy pozwalam Mu pokazać mi moje słabości, nie po to, żeby się potępić, ale żeby je Mu oddać, zaczynam inaczej patrzeć na drugiego człowieka. Ojcowska miłość najpierw przemienia mnie, a wtedy przestaję osądzać.


    „Proście, a będzie wam dane…”

    Te słowa mówią mi bardzo dużo o Bogu.

    Jezus zaprasza mnie, żebym przyszła do Ojca z tym, czego potrzebuję. Mogę przyjść ze strachem, zmęczeniem, pytaniem i łzami. Mogę powiedzieć: „Tato, pomóż mi.”
    I wiem, że On słyszy. Ale mogę przyjść również z moimi radościami, marzeniami
    i tym wszystkim, czego potrzebuję. Nie muszę zastanawiać się, czy moja prośba jest dla Boga zbyt mała albo zbyt zwyczajna. Przecież jestem Jego dzieckiem.
    Jezus przypomina, że jeśli ziemski ojciec potrafi dawać swoim dzieciom dobre rzeczy, o ile bardziej Ojciec w niebie! To jest dla mnie niezwykłe.
    Mam dobrego Tatusia. Ojca, który nie da mi kamienia zamiast chleba. Ojca, który nie odrzuca moich próśb. Ojca, któremu mogę powiedzieć o wszystkim.
    I chociaż nie zawsze otrzymuję dokładnie to, o co proszę, mogę ufać, że On wie,
    co jest dla mnie dobre. Jego odpowiedź zawsze przechodzi przez Jego Ojcowskie Serce. To jest niezwykle fascynujące i uwalniające. Nie muszę żyć tak, jakbym wszystko musiała zdobyć sama (a często tak robię!) . Mogę prosić. Mogę szukać. Mogę pukać. Bo za tymi słowami Jezusa stoi obietnica, że po drugiej stronie jest Ojciec, który słyszy swoje dziecko. I chyba właśnie tego chcę się uczyć najbardziej: przychodzić do Tatusia ze wszystkim.
    Bo moje życie nie jest dla Niego obojętne. Jestem Jego dzieckiem, a On jest moim dobrym Ojcem.

    „Wszystko więc, co byście chcieli, aby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie”

    Kiedy czytam te słowa Jezusa, myślę o tym, jak bardzo każdy z nas chce być zauważony, wysłuchany, potraktowany z szacunkiem i miłością. Chcemy, żeby ktoś miał dla nas cierpliwość, żeby nam wybaczył, żeby nie oceniał nas tylko przez jeden błąd, żeby został, kiedy jest nam trudno. I Jezus mówi: „To, czego pragniesz od innych — zacznij dawać sam.”

    To jest niezwykle proste, a jednocześnie bardzo trudne i wymagające. Bo łatwo jest oczekiwać miłości. Trudniej kochać wtedy, kiedy druga osoba nie zachowuje się tak, jak byśmy chcieli. Łatwo pragnąć przebaczenia. Trudniej przebaczyć komuś kto nas skrzywdził. Łatwo chcemy, żeby ktoś nas zrozumiał. Trudniej samemu zatrzymać się i spróbować zrozumieć drugiego. A jednak właśnie tutaj widzę Ojcowskie Serce Boga. Przecież Ojciec nieustannie daje mi to, czego sama tak bardzo potrzebuję. Daje mi łaskę. Daje mi cierpliwość. Daje mi kolejną szansę. Nie odrzuca mnie wtedy, kiedy upadam. Nie przekreśla mnie przez jeden zły dzień. Patrzy na mnie z miłością. I Jezus mówi: „Idź i czyń podobnie.” To, co otrzymujesz od Ojca, podaj dalej. Chodzi o to, żeby miłość Ojca, której sami doświadczamy, zaczęła być widoczna w naszym traktowaniu innych ludzi.

    Może dzisiaj ktoś potrzebuje ode mnie dokładnie tego, czego sama najbardziej potrzebuję. Bo skoro mam dobrego Ojca, nie muszę zatrzymywać Jego dobra tylko dla siebie. Mogę je dawać dalej, bo On ma wiele dzieci, tylko nie wszyscy o tym wiedzą, a są moimi braćmi i siostrami.

    „Poznacie ich po ich owocach”

    Jezus kieruje moje spojrzenie znowu do środka. Co rośnie w moim sercu? Pokój czy niepokój? Miłość czy osądzanie? Przebaczenie czy żal? Dobroć czy złość? Bo słowa można wypowiadać bardzo pięknie. Ale życie pokazuje prawdę.
    I tutaj również widzę Ojcowskie Serce Boga. On nie chce tylko, żebym wiedziała o Nim. Chce, żebym pozwoliła Mu tak przemienić moje serce, aby Jego obecność była widoczna w moim życiu.


    „Zbudował swój dom na skale”

    Na końcu Jezus przyrównuje nasze życie z Nim do budowy domu.
    Jeśli słuchamy Jego słów i wprowadzamy je w życie, budujemy na dobrym fundamencie — na skale, którą jest On sam. Bo samo słuchanie nie wystarczy. Możemy znać Jego naukę, możemy czytać Biblię, możemy wiedzieć, co jest dobre. Ale dopiero wtedy, kiedy zaczynamy tym żyć, nasze życie zaczyna być naprawdę budowane na skale. I wtedy przychodzi burza. To bardzo ważne. Bóg nie obiecuje, że Jego dzieci nie będą miały burz. Każdy z nas przeżywa trudne chwile. Przychodzi choroba, strata, rozczarowanie, samotność, lęk, sytuacja, której zupełnie się nie spodziewaliśmy. Burza może przyjść do każdego domu. Ale Jezus pokazuje nam coś niezwykłego — dom zbudowany na skale nie może nie przetrwać.

    Możemy budować na Nim. Na Jego Słowie. Na Jego miłości. Na zaufaniu. Na pewności, że jesteśmy dziećmi dobrego Ojca. Kiedy przychodzi burza, może nie rozumiem, dlaczego Bóg na nią pozwolił. Mogę pytać: „Dlaczego, Ojcze?” Mogę płakać. Mogę się bać. Mogę nawet przez chwilę nie wiedzieć, co dalej. Ale mogę wiedzieć jedno: Ojciec nie opuścił mojego domu. Jego Serce się nie zmieniło. On nadal jest blisko. Nadal trzyma mnie za rękę. Nadal jest moją skałą.

    I może właśnie wtedy, kiedy wszystko wokół zaczyna się chwiać, najbardziej odkrywam, na czym naprawdę zbudowałam swoje życie. Bo wiara nie polega na tym, że nigdy nie przyjdzie burza. Wiara polega na tym, że kiedy burza przyjdzie, wiem, gdzie mam stać. A ja chcę stać na fundamencie, którym jest Jezus. Jestem w nim i chcę tak jak On być przy Ojcu. Chcę budować moje życie na Nim — cegła po cegle, dzień po dniu. Chcę być jak On.


    Podsumowanie. Co w VII rozdziale Mateusza Jezus mówi mi o Ojcu?

    Podsumowując, kiedy Jezus mówi: „Nie sądź” — Ojciec uczy mnie miłości. „Proście” — Ojciec zaprasza mnie do bliskości.
    „Szukajcie” — Ojciec pozwala mi Go odnaleźć.
    „Kołaczcie” — Ojciec otwiera drzwi.
    „Traktujcie innych tak, jak chcecie, żeby traktowano was” — Ojciec uczy mnie kochać.
    „Budujcie na skale” — Ojciec chce, żebym była bezpieczna w Nim.

    Ten rozdział przestaje być dla mnie zbiorem trudnych wymagań. Staje się opowieścią o Ojcu, który prowadzi swoje dziecko. Nie mówi: „Bądź idealna, wtedy będę Cię kochał.” Mówi: „Jestem Twoim Ojcem. Pozwól Mi prowadzić Cię i przemieniać Twoje serce.”


    Zatrzymanie na dziś

    „Ojcze, chcę budować na Tobie.
    Naucz mnie patrzeć Twoimi oczami.
    Zmień moje serce.
    I pomóż mi zaufać Ci także wtedy, kiedy przychodzi burza.”

    Nie wiem, jakie burze jeszcze przede mną.
    Ale chcę tak budować swoje życie, żeby kiedy przyjdą, nie zabrakło mi fundamentu.

    Chcę budować na Bogu.
    Cegła po cegle.
    Dzień po dniu.
    Sercem.
    ❤️

  • VI Mateusza.  Bóg który widzi. Tatuś któremu można zaufać!

    W 6 rozdziale Ewangelii Mateusza Jezus pięknie pokazuje nam obraz Ojca.
    Bardzo poruszający jest ten obraz.
    Kiedy mówi o jałmużnie, modlitwie, poście, pieniądzach, troskach i codziennych potrzebach, wciąż wraca do jednej prawdy: nie jesteśmy sami. Mamy Ojca.

    Jezus pokazuje Go jako Boga, który:

    widzi to, czego inni nie widzą — także dobro czynione w ukryciu;
    zna nasze potrzeby, zanim je wypowiemy;
    nie potrzebuje naszych religijnych spektakli, ale pragnie szczerej relacji;
    daje nam chleb na każdy dzień, ucząc nas zależności od Niego;
    przebacza, a jednocześnie wychowuje nasze serce do przebaczania;
    troszczy się o swoje dzieci bardziej, niż potrafimy to sobie wyobrazić;
    uczy nas nie żyć w ciągłym lęku o jutro;
    mówi: „Nie martwcie się” nie dlatego, że problemy nie istnieją, ale dlatego, że Ojciec istnieje.

    „Ojcze nasz” — Bóg, do którego można przyjść

    W 6 rozdziale Ewangelii Mateusza Jezus uczy swoich uczniów modlitwy, która zaczyna się od niezwykłych słów: „Ojcze nasz”. Dla nas brzmią one bardzo znajomo, ale w ustach Jezusa niosą ogromną głębię. Izrael znał Boga jako Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba — Boga swoich ojców, Boga przymierza i historii.
    A Jezus mówi: „Nie tylko Bóg waszych ojców — On jest waszym Ojcem”. To już nie jest tylko wspominanie tego, co Bóg zrobił kiedyś, ale zaproszenie do osobistej relacji z Nim. Jezus pozwala swoim uczniom zwracać się do Boga z bliskością dziecka, które wie, że ma Ojca.

    To zmienia sposób modlitwy. Nie przychodzę do Boga jak obcy, który musi najpierw zasłużyć na Jego uwagę. Nie muszę udowadniać, że jestem wystarczająco dobry, żeby On mnie wysłuchał. Mogę przyjść taki, jaki jestem, bo Ojciec już wie, czego potrzebuję. Możemy Mu powiedzieć dosłownie o wszystkim.

    Jezus mówi: „Ojcze nasz”, a nie tylko „Ojcze mój”. Ten Ojciec ma wiele dzieci,
    a więc moja modlitwa prowadzi mnie również do drugiego człowieka — do brata
    i siostry.

    Może więc warto dzisiaj zatrzymać się tylko na jednym słowie: Ojcze. Powiedzieć je powoli i pozwolić, aby dotarło do serca. Bo być może największą zmianą w naszym życiu nie będzie to, że dowiemy się więcej o Bogu, ale to, że naprawdę uwierzymy, że mamy Ojca, Tatusia, do którego zawsze możemy przyjść i wypłakać mu wszystko co nas boli, a On nie tylko nas wysłucha, ale również pomoże nam przez to przejść.

    Nie zamartwiajcie się

    Jezus nie mówi przede wszystkim: „Przestań się martwić”. Mówi: „Spójrz na swojego Ojca.” To ogromna różnica. Bo człowiek może próbować pokonać lęk własną siłą. Może powtarzać sobie, że „wszystko będzie dobrze”. Może próbować kontrolować przyszłość. Jezus prowadzi jednak głębiej — do zaufania Temu, który zna nasze życie. „Ojciec wasz wie, czego potrzebujecie.” Mt 6,8
    Ojciec wie. Nie tylko wie, że istniejemy. Wie, czego potrzebujemy. Wie o tym, czego nie umiemy nawet dobrze nazwać. Wie o naszych lękach, brakach, pytaniach, zmęczeniu i pragnieniach. A skoro wie — Jezus zaprasza nas, żebyśmy przestali żyć tak, jakbyśmy byli sierotami.

    Najpiękniejszy obraz Ojca

    Szczególnie mocno wybrzmiewają słowa Jezusa o ptakach niebieskich i liliach polnych. Bóg karmi, przyodziewa, troszczy się o stworzenie. A potem Jezus mówi:„Czyż wy nie jesteście o wiele ważniejsi niż one?” Mt 6,26
    To nie jest banalne pocieszenie. Jezus dotyka naszego najgłębszego lęku: „A co ze mną? Czy ktoś się mną zajmie? Czy będę miał wystarczająco? Czy jutro sobie poradzę?” Odpowiedzią nie jest obietnica życia bez trudności. Odpowiedzią jest Ojciec. Bóg nie obiecuje, że nigdy nie zabraknie nam problemów. Obiecuje coś znacznie głębszego: nie jesteśmy poza Jego troską.

    „Dosyć ma dzień swojej biedy”

    Na końcu Jezus mówi coś, co jest niezwykle bliskie codziennemu życiu: „Dosyć ma dzień swojej biedy”. Jakby mówił: nie próbuj dzisiaj przeżyć całego swojego jutra. Nie noś już teraz ciężarów, które jeszcze nie nadeszły. Każdy dzień ma swoje troski, ale każdy dzień ma też obecność Ojca. Nie wiem, co przyniesie jutro. Nie wiem, jakie odpowiedzi będą mi potrzebne i z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Ale wiem jedno — Ojciec będzie tam przede mną.

    Dlatego dzisiaj mogę zrobić tylko to, co należy do dzisiaj. Resztę mogę oddać Jemu. Jutro jeszcze nie jest moje. Jutro jest w rękach Ojca.

  • V Rozdział Ewangelii Mateusza

    „Bądźcie więc doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec”

    Na pierwszy rzut oka V rozdział ewangeli Mateusza może wydawać się rozdziałem wymagającym, a nawet surowym. Jezus mówi o ubóstwie ducha, prześladowaniu, gniewie, cudzołóstwie, rozwodzie, przysięgach, odpłacaniu złem za zło i miłości do nieprzyjaciół. Widzimy szereg zakazów i nakazów. Możemy nawet popaść
    w przygnębienie myśląc o sobie źle. Myśląc że nie jesteśmy w stanie sprostać tym wszystkim wymaganiom. Jednak pod powierzchnią tych wszystkich słów znajduje się jedna wielka prawda:

    Bóg nie chce jedynie zmienić naszego zachowania. On chce przemienić nasze serce tak, aby zaczęło przypominać serce Ojca.

    To właśnie dlatego kulminacją rozdziału są słowa: „Bądźcie więc doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec niebieski.” (Mt 5: 48) Jezus pokazuje dojrzałość miłości, która nie ogranicza się do tych, którzy na nią zasługują.

    Jezus rozpoczyna od błogosławieństwa, a nie od wymagań

    Gdzie jest prawdziwe szczęście?

    Jezus rozpoczyna Kazanie na Górze od słów: „Błogosławieni…” (szczęsliwi)
    To niezwykłe, bo mówi o ludziach, których świat niekoniecznie nazwałby szczęśliwymi — o ubogich w duchu, płaczących, cichych, miłosiernych czy prześladowanych. Jezus pokazuje, że szczęście nie polega na tym, że w naszym życiu wszystko układa się dobrze. Prawdziwe szczęście zaczyna się wtedy, gdy odkrywamy, że potrzebujemy Boga i pozwalamy Mu być obecnym w naszym życiu. Możemy nie mieć wszystkiego. Możemy przeżywać trudności, ból i łzy. Ale jeśli wiemy, do Kogo należymy, nie tracimy nadziei. Bo prawdziwe szczęście nie polega na posiadaniu wszystkiego. Polega na tym, że mamy Ojca.

    Ojcowskie serce Boga widzi człowieka także wtedy, gdy człowiek sam siebie nie potrafi zobaczyć jako wartościowego.

    Jezus mówi to do tłumów ludzi, którzy przyszli do niego. Są grzesznikami jak cała ludzkość. Nie mówi to indywidualnie tylko do „wybranych”, każdy kto słyszy jest zaproszony. Chce aby serce człowieka zostało zmienione, na podstawie miłości Ojca. Jego miłość jest fundamentem, z którego dziecko może dopiero wzrastać.
    W tym sensie Kazanie na Górze nie rozpoczyna się od ciężaru, ale od tożsamości i błogosławieństwa.

    „Wy jesteście solą ziemi i światłem świata”

    Jezus nie mówi: „Stańcie się solą.” Nie mówi: „Najpierw udowodnijcie swoją wartość, a wtedy będziecie światłem.” Mówi: „Wy jesteście.” To pokazuje, że Bóg widzi więcej, widzi w nas dobro, które zasiał i wie, że mamy ten potencjał w sobie. To tylko od nas zależy czy będziemy się chować pod korcem lub dopuścimy aby sól zwietrzała?

    Jezus nie znosi prawa — On prowadzi nas głębiej

    W drugiej części Jezus wielokrotnie mówi: „Słyszeliście, że powiedziano…” A następnie: „A Ja wam powiadam…” Jezus odnosi się między innymi do: zabójstwa, gniewu, cudzołóstwa, pożądania, rozwodu, przysiąg, odwetu, miłości do nieprzyjaciół. Można odnieść wrażenie, że Jezus zaostrza wymagania. Ale Jego celem nie jest stworzenie jeszcze bardziej skomplikowanego systemu religijnego. Jezus pokazuje, że Bóg interesuje się nie tylko tym, co robimy, ale tym, co dzieje się wewnątrz nas. Można nie zabić człowieka, a jednocześnie niszczyć go swoim gniewem. Można nie dopuścić się fizycznego cudzołóstwa, a jednocześnie pielęgnować pożądanie. Można wypowiadać poprawne słowa, ale mieć nieuczciwe serce. Jezus przesuwa ciężar z: „Czy zrobiłem coś złego?” na: „Co dzieje się w moim sercu?”

    Ojciec interesuje się sercem, nie tylko zachowaniem

    To jedna z najważniejszych nauk całego rozdziału. Religijność często koncentruje się na zewnętrznym zachowaniu: „Czy zrobiłem to?” „Czy wolno mi tam pójść?” „Czy przekroczyłem granicę?” Jezus idzie głębiej. Pyta: „Kim jesteś w swoim wnętrzu?” W przypadku gniewu mówi: „Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi.” W przypadku cudzołóstwa mówi: „Każdy, kto patrzy na kobietę
    i pożąda jej, już dopuścił się z nią cudzołóstwa w swoim sercu.” To pokazuje, że Bóg nie jest jedynie kontrolerem zachowania. Ojciec chce uzdrowić źródło zachowania — ludzkie serce. To ogromna różnica.

    Gniew — Ojciec chce pojednania

    Jezus mówi: „Jeśli więc przyniesiesz swój dar na ołtarz i tam wspomnisz, że twój brat ma coś przeciwko tobie, zostaw tam swój dar (…) i najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim.” To niezwykle mocne. Bóg mówi niejako: „Nie chcę twojej religijności kosztem twoich relacji.” Możemy śpiewać, modlić się, czytać Biblię i wykonywać wiele religijnych czynności, a jednocześnie nosić w sercu nieprzebaczenie. Jezus pokazuje, że dla Ojca relacja ma ogromne znaczenie. Dlaczego? Ponieważ Bóg jest Ojcem. A Ojciec pragnie, aby Jego dzieci żyły ze sobą w pojednaniu.

    Jezus mówi: „Bądźcie jak wasz Ojciec.”

    Nie chodzi o to, abyśmy stali się idealni. Chodzi o to, abyśmy coraz bardziej pozwalali, żeby charakter Ojca był widoczny w naszym życiu. Możemy więc: Kochać, nawet kiedy nie otrzymujemy miłości w zamian. Przebaczać, nawet jeśli zranienie było prawdziwe. Budować pokój zamiast konfliktu. Okazywać miłosierdzie zamiast szybko osądzać. Pilnować swojego serca, a nie tylko swojego zachowania. Mówić prawdę i być ludźmi, na których można polegać. Nie odpłacać złem za zło. Modlić się za tych, którzy nas zranili. Być światłem i solą tam, gdzie Bóg nas postawił. I przede wszystkim — żyć ze świadomością, że jesteśmy dziećmi Ojca.

    Można powiedzieć, że cały ten rozdział prowadzi nas od jednego pytania do drugiego. Najpierw Jezus pokazuje: „Taki jest wasz Ojciec.” A potem mówi: „Skoro jesteście Jego dziećmi, pozwólcie, aby było Go widać w was.” Nie musimy być doskonali, aby Ojciec nas kochał. To dlatego, że jesteśmy kochani, możemy uczyć się kochać. Nie musimy zasługiwać na Jego miłosierdzie, aby stać się miłosierni. Najpierw otrzymujemy, potem możemy dawać. Nie musimy żyć w strachu, że wszystko zależy od nas. Mamy Ojca.
    ❤️Ojcze, jestem Twoim dzieckiem. Chcę żyć tak, aby Twoje serce było widoczne we mnie.

  • Mateusza IV Rozdział

    Mateusza IV Rozdział

    Ojciec który prowadzi Syna

    Jezus na pustyni — dlaczego Bóg na to pozwolił?

    Zaraz po chrzcie Jezus zostaje wyprowadzony przez Ducha na pustynię, aby był kuszony przez diabła. Naturalnie pojawia się pytanie: dlaczego Bóg na to pozwolił? Jak to możliwe, że Ojciec dopuścił, aby Jego Syn doświadczał głodu, samotności i pokusy? Żeby to zrozumieć, trzeba spojrzeć szerzej na misję Jezusa. Przyszedł On bowiem nie tylko po to, aby nauczać ludzi, ale przede wszystkim, aby naprawić to, co zostało zniszczone przez grzech i nieposłuszeństwo człowieka. Dlatego Jezus dobrowolnie wchodzi w doświadczenie pustyni i poddaje się próbie. Nie jest to przypadkowy epizod, lecz ważny element Jego misji.

    Nie bez znaczenia jest również 40 dni spędzonych przez Jezusa na pustyni. Liczba ta przywołuje na myśl czterdzieści lat wędrówki Izraelitów po pustyni. Izrael w czasie próby wielokrotnie okazywał brak zaufania Bogu i ulegał pokusom. Jezus natomiast przechodzi przez podobną próbę, ale pozostaje całkowicie wierny Ojcu. Można dostrzec tutaj jeszcze głębszą analogię z Adamem. Pierwszy człowiek, przebywając w ogrodzie pełnym obfitości, uległ pokusie. Jezus, znajdując się na pustyni, będąc głodny i pozbawiony ludzkiego komfortu, pozostaje posłuszny Bogu. Tam, gdzie człowiek zawiódł, Jezus okazuje się wiernym Synem.

    Diabeł również nieprzypadkowo próbuje podważyć Boże Słowo. To właśnie od tego rozpoczęła się pokusa w Edenie: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział…?” Na pustyni mechanizm jest podobny. Szatan próbuje skłonić Jezusa do zakwestionowania Bożej drogi i wykorzystuje nawet słowa Pisma. Jezus jednak nie odpowiada jedynie znajomością biblijnych wersetów. On rozumie ich sens i przede wszystkim zna Ojca, któremu ufa. Nie daje się sprowokować do udowadniania swojej pozycji ani do wybierania łatwiejszej drogi. Każdą pokusę odrzuca, pozostając wiernym Bożej woli.

    To pokazuje również coś ważnego o naszych własnych próbach. Szatan nie zawsze przychodzi z jawnym zaprzeczeniem Boga. Często działa znacznie subtelniej — próbuje wzbudzić w nas wątpliwość co do tego, czy naprawdę możemy zaufać temu, co Bóg powiedział. Dlatego sama znajomość Pisma jest ważna, ale równie ważne jest poznawanie Boga, Jego charakteru i Jego sposobu działania. Jezus zwyciężył na pustyni nie dlatego, że znał kilka odpowiednich wersetów, lecz dlatego, że ufał Ojcu i nie pozwolił, aby pokusa skłoniła Go do działania niezależnie od Niego. Pustynia stała się więc nie miejscem porażki, ale miejscem zwycięstwa — pierwszym wyraźnym znakiem, że Jezus przyszedł odwrócić skutki nieposłuszeństwa człowieka i zniszczyć dzieła diabła.

    Diabeł za każdym razem próbuje uderzyć w inną sferę ludzkiej słabości. Najpierw głód — namawia Jezusa, aby zamienił kamienie w chleb i zaspokoił swoją potrzebę poza wolą Ojca. Następnie pycha i potrzeba udowodnienia swojej tożsamości — sugeruje Mu, aby rzucił się ze świątyni i zmusił Boga do spektakularnej interwencji. Na końcu pojawia się władza i chęć pójścia na skróty — Szatan oferuje Jezusowi panowanie nad światem w zamian za oddanie mu pokłonu.
    W każdej z tych prób Jezus odrzuca pokusę, wybierając zaufanie Ojcu zamiast natychmiastowego zaspokojenia potrzeb, wystawiania Boga na próbę czy zdobywania celu łatwiejszą drogą.

    Można spojrzeć na kuszenie Jezusa jako na świadome odwrócenie tego, co wydarzyło się w Edenie. Ewa sięgnęła po owoc, aby zaspokoić swoje pragnienie, natomiast Jezus — mimo że był skrajnie głodny — nie wykorzystał swojej mocy, aby zaspokoić własne pragnienie i potrzebę. Następnie Szatan powraca do tej samej myśli, którą posłużył się wobec Ewy: „na pewno nie umrzesz”. W Edenie miało to skłonić człowieka do przekroczenia Bożego nakazu, a Jezusowi zostaje zaproponowane wystawienie Boga na próbę — przecież aniołowie mieliby Go ochraniać. Na końcu pojawia się obietnica podobna do tej z Edenu: „będziecie jak Bóg”. Jezusowi Szatan proponuje władzę nad królestwami świata — coś, co przypomina Boże panowanie, ale osiągnięte bez posłuszeństwa Ojcu i bez drogi, którą wyznaczył Bóg. Adam chciał zdobyć to, co nie było mu dane, natomiast Jezus nie sięga do niczego, co wymagałoby odstąpienia od woli Ojca. W ten sposób Jezus przechodzi próbę, w której Adam zawiódł.

    Ojciec, który prowadzi Syna

    Po zwycięstwie Jezusa nad pokusami na pustyni Ewangelia Mateusza przechodzi do kolejnego etapu Jego misji. To, co wydarzyło się wcześniej, nie było jedynie próbą charakteru. Jezus właśnie rozpoczyna swoją publiczną działalność. Warto jednak spojrzeć na te wydarzenia nie tylko jak na kolejne punkty historii Jezusa, ale również przez pryzmat serca Ojca.

    Po czterdziestu dniach pustyni Jezus jest wyczerpany. I właśnie wtedy pojawia się bardzo znamienny szczegół: aniołowie przychodzą i Mu usługują. Bóg nie uchronił swojego Syna przed pustynią, głodem ani kuszeniem, ale nie oznaczało to, że był wobec Niego obojętny. Ojciec pozwolił Jezusowi przejść przez próbę, ale w odpowiednim czasie przysłał Mu pomoc. To ważna lekcja także dla nas. Boża obecność nie zawsze oznacza, że zostaniemy wyjęci z trudnego doświadczenia. Czasami oznacza, że Bóg przeprowadzi nas przez nie i da nam siłę dokładnie wtedy, kiedy będzie ona potrzebna.

    Jezus rozpoczyna swoją misję

    Kiedy Jezus dowiaduje się o uwięzieniu Jana Chrzciciela, odchodzi do Galilei. To właśnie tam rozpoczyna głoszenie: „Nawracajcie się, bo przybliżyło się Królestwo Niebios”. Nie jest to przypadkowe miejsce. Galilea była obszarem, który nie cieszył się takim prestiżem jak Jerozolima. Mateusz widzi w tym jednak wypełnienie proroctwa Izajasza — światło miało zabłysnąć właśnie dla ludzi żyjących w ciemności. I tutaj ponownie możemy dostrzec serce Boga. Bóg nie zaczyna od tych, którzy wydają się najlepsi, najważniejsi czy najbardziej religijni. Światło przychodzi do ludzi siedzących w ciemności. Jezus nie rozpoczyna swojej działalności od budowania własnej pozycji. Przychodzi do ludzi potrzebujących światła.

    „Pójdźcie za Mną”

    Następnie Jezus spotyka Piotra i Andrzeja. Później Jakuba i Jana. Wszyscy wykonują zwyczajne, codzienne zajęcia — łowią ryby. Jezus mówi do nich: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”. To niezwykłe, że Jezus nie wybiera ludzi według kryteriów, którymi często posługuje się świat. Nie szuka najbogatszych, najbardziej wykształconych czy najbardziej wpływowych. Powołuje zwyczajnych ludzi i zaprasza ich do udziału w czymś znacznie większym niż ich dotychczasowe życie. Widać tutaj pewną cechę ojcowskiego serca Boga: Bóg nie tylko mówi człowiekowi, kim jest. On również pokazuje mu, kim może się stać. Piotr jest rybakiem. Jezus mówi mu jednak: „Uczynię cię…”. To bardzo ważne słowa. Jezus widzi w człowieku nie tylko jego teraźniejszość, ale także jego przyszłość. Nie mówi: „Najpierw stań się kimś wartościowym, a potem możesz za Mną pójść”. Mówi: „Pójdź za Mną, a Ja będę cię kształtował”.

    Jezus dotyka tego, co boli

    Mateusz kończy ten rozdział bardzo ciekawym obrazem. Jezus przemierza Galileę, naucza, głosi Ewangelię Królestwa i uzdrawia wszelką chorobę i wszelką niemoc wśród ludu.

    To pokazuje, że Jego misja nie ogranicza się do głoszenia pięknych słów. Jezus widzi człowieka całego — jego duchowe zagubienie, ale również jego fizyczne cierpienie. Jest w tym coś bardzo ojcowskiego. Dobry ojciec nie mówi swojemu cierpiącemu dziecku: „Najważniejsze, żebyś miał właściwą teorię na temat cierpienia”. Najpierw chce być blisko. Chce pomóc. Chce ulżyć. I właśnie taki obraz Boga zaczyna odsłaniać Jezus. Bóg nie jest obojętnym obserwatorem ludzkiego cierpienia. Dlatego Jezus dotyka ludzi chorych, przygniecionych niemocą, opętanych, cierpiących. Królestwo Boże, które głosi, nie jest jedynie abstrakcyjną ideą. Tam, gdzie pojawia się Jezus, zaczyna się przywracanie człowieka do życia.

    A jednak najpierw pustynia

    Kiedy spojrzymy na cały rozdział, pojawia się ciekawy kontrast. Najpierw Jezus jest samotny na pustyni. Jest głodny. Jest kuszony. Nie wybiera łatwej drogi. A chwilę później widzimy Go pośród ludzi — głoszącego, powołującego uczniów, uzdrawiającego i przynoszącego nadzieję. Może właśnie dlatego pustynia była potrzebna. Jezus najpierw musiał powiedzieć „nie” pokusie wykorzystania swojej mocy dla siebie, aby później używać jej dla dobra innych. Nie zamienił kamieni w chleb, aby nakarmić siebie, ale później będzie karmił głodnych. Nie rzucił się ze świątyni, aby zmusić Ojca do spektakularnego działania, ale będzie pochylał się nad ludźmi w ich zwyczajnym cierpieniu. Nie przyjął władzy nad światem od Szatana, ale będzie głosił Królestwo Boże — królestwo zdobywane nie przez kompromis, lecz przez posłuszeństwo Ojcu. I być może właśnie tutaj najlepiej widać serce Boga. Ojciec nie prowadzi Jezusa drogą łatwą. Prowadzi Go drogą właściwą. A to ogromna różnica.

    Czasami myślimy, że skoro Bóg jest naszym Ojcem, powinien oszczędzić nam każdej pustyni. Tymczasem Mateusz pokazuje coś innego. Ojciec może dopuścić do doświadczenia, ponieważ widzi coś, czego my jeszcze nie widzimy. Nie opuszcza jednak swojego dziecka. Towarzyszy mu, wzmacnia je i prowadzi dalej.

    Jezus wychodzi z pustyni nie jako pokonany, lecz umocniony do rozpoczęcia swojej misji. A potem idzie do ludzi. Do chorych. Do zagubionych. Do zwyczajnych rybaków. Do tych, którzy siedzą w ciemności. I przynosi im światło.

    Może właśnie dlatego warto inaczej spojrzeć na własne pustynie. Nie każda pustynia jest dowodem na to, że Bóg nas opuścił. Czasami jest miejscem, w którym Ojciec przygotowuje nas do czegoś, czego jeszcze nie jesteśmy w stanie zobaczyć.

  • Mateusza III rozdział

    Mateusza III rozdział

    Mateusz 3 zaczyna się od pustyni, a kończy otwartym niebem. Pomiędzy nimi znajduje się człowiek, który woła: „Nawróćcie się”, Jezus, który wchodzi do Jordanu, i głos Ojca: „Ten jest mój Syn umiłowany, którego sobie upodobałem”. Można przeczytać ten rozdział jako historię rozpoczęcia publicznej działalności Jezusa. Można też zobaczyć w nim coś znacznie bardziej osobistego — historię Boga, który pokazuje człowiekowi swoje serce. Bo Mateusz mówi nie tylko o tym, co wydarzyło się nad Jordanem. Mówi o tym, kim jest Bóg, kiedy patrzy na człowieka pogubionego, grzesznego i spragnionego powrotu.

    Pustynia

    Jan Chrzciciel pojawia się na pustyni judzkiej. To właśnie tam rozlega się jego głos: „Nawróćcie się, bo przybliżyło się Królestwo Niebios”.

    Pustynia jest tutaj czymś więcej niż miejscem na mapie. Jest symbolem przestrzeni, w której człowiek zostaje pozbawiony tego, co zwykle daje mu poczucie bezpieczeństwa. Jest ciszą, samotnością, brakiem i próbą. Jest miejscem, gdzie nie można już tak łatwo zagłuszyć tego, co dzieje się wewnątrz. Jest też miejscem bardzo niebezpiecznym, w którym bardzo łatwo zginąć, zwłaszcza gdy brakuje wody. Woda jest więc symbolem łaski, życia, pragnienia i oczyszczenia. Na pustyni widzimy jak bardzo potrzebujemy rzeki życia, Boga który nas uratuje, obmyje
    i napoi.

    W Starym Testamencie Mojżesz doprowadza swój lud do rzeki Jordan lecz przez nią nie przechodzi tylko Jozue przeprowadza ten lud do Ziemi Obiecanej.
    W Ewangelii mamy podobną sytuację – Jan przyprowadza lud nad rzekę po to aby dalej Jezus (Jehoszua czyli Jozue) prowadził swój lud do Królestwa Niebios (docelowej Ziemi Obiecanej – już wiecznej).

    Dlatego Jan wzywa aby się nawrócić i przygotować drogę Panu, aby mógł przyjść musimy wyprostować coś co jest pokrzywione w nas. To przede wszystkim nasz sposób myślenia. Są rzeczy które potrafimy ukryć przed ludźmi, ale których nie ukryjemy przed Bogiem: między innymi nieprzebaczenie, pycha, złość, lęk, potrzeba kontroli, przywiązanie do własnej racji. Grzech, którego nie chcemy nazwać. Nawrócenie oznacza zmianę drogi, zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy udawać.

    Nie chodzi o to, aby powiedzieć: „Boże, zobacz, już wszystko naprawiłam”. Chodzi o coś zupełnie innego: „Boże, zobacz mnie taką, jaka jestem. Nie potrafię sama tego naprawić. Potrzebuję Ciebie.”

    Jan pokazuje tutaj więc obłudę Faryzeuszy i sadyceuszy, którzy przychodzą do Boga bez owoców nawrócenia. Bóg objawia mu jakie jest ich serce. Uważają się za ludzi prawych na podstawie tylko przynależności do potomstwa Abrahama. Byli to ludzie, którzy chodzili do świątyni, bardzo dobrze znali Pisma i z nich rozliczali innych, ale brakowało im na przykład miłości do ludzi. To jest prawdziwy owoc nawrócenia.

    Nad Jordan przychodzi Jezus.

    Jan rozumie, że to nie Jezus potrzebuje chrztu. Jezus jest bez grzechu. To człowiek potrzebuje nawrócenia. A jednak Jezus wchodzi do tej samej wody, do której wchodzą grzesznicy. Dlaczego? Bo Jezus nie przyszedł jedynie powiedzieć człowiekowi, jak ma żyć. Przyszedł stanąć na jego miejscu. Przyszedł zabrać nasze grzechy, które chcemy oczyścić. Przyszedł nas przeprowadzić przez tą rzekę o Królestwa Niebios! To jeden z najbardziej poruszających obrazów całej Ewangelii. Ten, który nie miał grzechu, staje pośród grzesznych. Nie dlatego, że potrzebuje oczyszczenia, ale dlatego, że przyszedł wziąć na siebie to, czego my nie potrafiliśmy udźwignąć.

    I właśnie w tym objawia się miłość Boga.

    Bóg nie patrzy na grzesznego człowieka z bezpiecznej odległości. W Jezusie wchodzi w jego rzeczywistość. Schodzi do jego poziomu. Dotyka jego bólu. Bierze na siebie jego ciężar. Nie po to, aby człowieka upokorzyć, ale żeby go podnieść.

    Jezus wychodzi z wody. Niebo się otwiera. Duch Święty zstępuje na Niego jak gołębica. I rozlega się głos Ojca: „Ten jest mój Syn umiłowany, którego sobie upodobałem”.

    To niezwykle ważne, bo pokazuje nam coś o samym sercu Boga. Miłość Ojca nie zależy od osiągnięć Syna.

    Nie przestaje być umiłowany dlatego, że bierze na siebie grzech świata. Nie traci swojej tożsamości. Nie przestaje być Synem. Przeciwnie — właśnie jako umiłowany Syn dobrowolnie idzie drogą posłuszeństwa i miłości aż na krzyż.

    Bóg mówi: „Mój Syn umiłowany” zanim Jezus podejmuje działanie. Ufa mu. Kocha Go niezależnie od tego co uczyni dalej. Chce aby znał swoją tożsamość.

    To mnie uczy jaki jest Bóg. Jakie jest Jego serce. Nie muszę zapracować sobie na Jego miłość. Mogę przyjść do niego taka jaka jestem. Bo my bardzo często żyjemy odwrotnie. Chcemy najpierw coś zrobić, osiągnąć, udowodnić, zasłużyć. Chcemy być wystarczająco dobrzy, żeby poczuć, że jesteśmy wartościowi. A Bóg pokazuje nam inną drogę. Nie mówi: „Zasłuż na moją miłość”. Mówi: „Pozwól, abym cię kochał, a ta miłość zacznie cię przemieniać.”

    To nie znaczy, że grzech jest nieważny. Jan mówi przecież bardzo wyraźnie o nawróceniu i owocu, który powinien z niego wynikać. Ale kolejność ma ogromne znaczenie. Nie zmieniam się po to, żeby Bóg mnie pokochał. Zmiana zaczyna się dlatego, że zostałam przez Boga pokochana.

    I może właśnie w tym zawiera się cała nadzieja Ewangelii. Bóg widzi nasz grzech, ale nie odwraca od nas twarzy. Widząc naszą słabość, nie mówi: „Radź sobie sama”. Widząc naszą pustynię, nie mówi: „Znajdź drogę”. On sam przychodzi w Jezusie, staje pośród nas. Bierze na siebie nasz grzech. A potem prowadzi nas z powrotem do Ojca.

    Dlatego chrześcijaństwo nie zaczyna się od człowieka, który próbuje być wystarczająco dobry dla Boga. Zaczyna się od Boga, który mówi: „Wróć do Mnie.”
    I może właśnie tego najbardziej potrzebujemy dzisiaj usłyszeć. Nie jesteśmy zaproszeni do Boga dlatego, że wszystko w naszym życiu jest już uporządkowane. Przychodzimy często poranieni przez pustynię i szukamy ocalenia w wodzie życia, którą jest Jezus.

    A ponad całym naszym życiem, ponad pustynią, upadkami, próbami i wszystkim, czego jeszcze nie rozumiemy, pozostaje głos z otwartego nieba: „Umiłowany.”
    I może właśnie tej prawdy powinniśmy nauczyć się najbardziej — że nasza wartość nie zaczyna się od tego, co zrobimy dla Boga. Zaczyna się od tego, że jesteśmy przez Niego kochani.

    ❤️ Mateusz 3 jest więc nie tylko opowieścią o początku misji Jezusa. Jest opowieścią o Ojcu, który otwiera niebo, aby człowiek zobaczył Jego serce. 

  • Mateusza II rozdział – Rzeź niewiniątek

    Rzeź niewiniątek — gdzie jest Bóg, kiedy cierpią niewinni?

    Jest w drugim rozdziale Ewangelii Mateusza fragment, przy którym trudno przejść obojętnie.

    Herod, dowiedziawszy się od Mędrców o narodzinach Króla, rozkazuje zabić wszystkich chłopców w Betlejem i okolicy, którzy mieli około dwóch lat lub mniej. To jedna z najbardziej bolesnych scen Ewangelii. I właśnie tutaj pojawia się pytanie, którego nie da się ominąć: Gdzie jest Bóg, kiedy cierpią niewinni? Dlaczego Bóg nie zatrzymał ręki Heroda? Dlaczego pozwolił, aby niewinne dzieci zginęły? Czy naprawdę możemy mówić o Bogu jako o dobrym Ojcu, kiedy czytamy taką historię?

    Nie chcę na te pytania odpowiadać prostym zdaniem.

    Bo cierpienie niewinnych jest zbyt poważne, aby przykrywać je łatwymi odpowiedziami. Chcę natomiast zatrzymać się przy tym fragmencie i zobaczyć, co mówi nam on o człowieku, o złu i przede wszystkim o sercu Boga.

    Kim był Herod?
    Żeby zrozumieć powagę tej historii, trzeba najpierw zobaczyć, kim był Herod Wielki. Nie był łagodnym i spokojnym władcą. Był człowiekiem niezwykle ambitnym, podejrzliwym i bezwzględnym, który bardzo mocno pilnował swojej pozycji.

    Historyk Józef Flawiusz opisuje wiele przypadków, w których Herod pozbywał się ludzi, których uważał za zagrożenie dla swojej władzy — również członków własnej rodziny. Z jego rozkazu został zamordowany m.in. jego syn Arystobul, a później także inni członkowie rodziny. 

    To bardzo ważne tło dla Mateusza 2.

    Kiedy więc Herod słyszy od Mędrców: „Gdzie jest nowo narodzony Król Żydów?” To nie słyszy tego jak ojciec, który cieszy się z narodzin dziecka. On słyszy: „Pojawił się ktoś, kto może odebrać mi władzę”. I właśnie tutaj zaczyna się tragedia. Herod nie walczył z Dzieckiem. Walczył o swoje królestwo Jezus był jeszcze niemowlęciem. Nie miał armii. Nie miał pałacu. Nie miał żołnierzy. Nie miał politycznej władzy.
    A mimo to Herod się Go bał. Dlaczego?
    Bo Herod miał serce, które nie chciało utracić kontroli.
    I tutaj widzę coś bardzo aktualnego.
    Czasami człowiek może tak bardzo przywiązać się do swojej pozycji, bezpieczeństwa, pieniędzy, znaczenia czy kontroli, że zaczyna traktować nawet Boga jak zagrożenie. Herod nie potrafił powiedzieć: „Niech Bóg będzie Królem”.
    Musiał powiedzieć: „To ja jestem królem”. I właśnie dlatego chciał usunąć Jezusa.

    Czy rzeź dzieci rzeczywiście mogła się wydarzyć?

    To pytanie pojawia się bardzo często. Poza Ewangelią Mateusza nie mamy niezależnego starożytnego źródła, które wprost opisuje tę konkretną masakrę w Betlejem. Józef Flawiusz, który szczegółowo opisuje panowanie Heroda i jego liczne okrucieństwa, nie wspomina o zabiciu dzieci w Betlejem.  Nie oznacza to jednak automatycznie, że wydarzenie jest historycznie niemożliwe.
    Betlejem było niewielką miejscowością, więc liczba dzieci w wieku do około dwóch lat mogła być stosunkowo mała. Taki lokalny akt przemocy mógł również nie zostać odnotowany przez historyków, zwłaszcza że źródła dotyczące starożytności są bardzo niepełne. Co ważne, opis Mateusza bardzo dobrze pasuje do tego, co wiemy o charakterze Heroda. Jego historia pokazuje, że rzeczywiście potrafił eliminować osoby, które uważał za zagrożenie dla swojej władzy. 
    Dlatego uczciwe podejście brzmi: Nie mamy niezależnego potwierdzenia tej konkretnej masakry, ale nie ma też historycznego powodu, aby uznać ją za niemożliwą.
    I niezależnie od dyskusji historycznej, przesłanie Mateusza jest bardzo mocne.

    A gdzie w tym wszystkim jest Bóg? To chyba najtrudniejsze pytanie. Bóg ostrzegł Mędrców. Bóg ostrzegł Józefa. Bóg uratował Jezusa. Ale inne dzieci nie zostały uratowane. I tutaj pojawia się ogromna tajemnica. Dlaczego?
    Mateusz nie daje nam odpowiedzi, która wyjaśniałaby każde cierpienie. Nie mówi: „Te dzieci musiały umrzeć, żeby coś osiągnąć”. I dobrze. Bo Biblia nigdy nie przedstawia śmierci niewinnych dzieci jako czegoś dobrego. Zło pozostaje złem. Herod ponosi odpowiedzialność za swoją decyzję. To nie Bóg wydał rozkaz zabicia dzieci. To Herod wybrał przemoc.
    I to jest bardzo ważne.

    Bóg nie jest Herodem W tej historii widzimy dwa zupełnie różne serca.
    Herod mówi: „Muszę zachować swoje królestwo”.
    Bóg mówi: „Przychodzę, aby zbawić”.

    Herod zabija, aby utrzymać władzę. Bóg staje się Człowiekiem i oddaje swoje życie, aby dać życie innym. Herod boi się utraty kontroli.

    Jezus przychodzi, aby człowieka uwolnić.

    Herod wykorzystuje słabszych dla własnego bezpieczeństwa. Jezus oddaje siebie za słabych. To chyba jeden z najmocniejszych kontrastów całej Ewangelii.
    Herod bierze życie, żeby zachować swoje królestwo. Jezus oddaje swoje życie, żeby dać nam Królestwo.

    Bóg widzi płacz matek

    Mateusz cytuje wtedy proroka Jeremiasza: „Głos usłyszano w Rama, płacz i wielkie zawodzenie; Rachel płacząca nad swoimi dziećmi…” To bardzo poruszające. Bóg nie mówi: „To nic takiego”. Nie mówi: „Nie płacz”. Nie próbuje pomniejszyć bólu. Biblia pozwala matkom płakać. Pozwala wybrzmieć ich rozpaczy. I właśnie dlatego widzę tutaj bardzo czułe serce Boga. Bóg widzi łzy, których nie widzi historia. Może ludzie zapomnieli imiona tych dzieci. Może nie znamy ich imion. Nie znamy ich twarzy. Nie wiemy, kim miały zostać. Ale Bóg je znał. Dla Boga nie były anonimową grupą dzieci z małej miejscowości. Były Jego stworzeniami. Były czyimiś synami. Czyimiś dziećmi. Czyjąś radością. Czyimś całym światem.
    I myślę, że właśnie dlatego ten fragment jest tak przejmujący. Bóg nie jest obojętny na ich śmierć. A jednak Jezus ocalał

    Józef otrzymuje ostrzeżenie:

    „Wstań, weź Dziecko i Jego Matkę i uciekaj do Egiptu”.

    Józef natychmiast reaguje. Rodzina ucieka. Jezus zostaje ocalony. I tutaj znowu widzimy Boga, który prowadzi i chroni.

    Ale jednocześnie pozostaje pytanie:

    Dlaczego Bóg ocalił Jezusa, a nie wszystkie dzieci?

    Nie znamy odpowiedzi. I myślę, że warto mieć odwagę powiedzieć: Nie wiem. Wiara nie polega na tym, że na każde pytanie potrafimy znaleźć logiczne wyjaśnienie. Wiara czasami polega na tym, że nawet wobec rzeczy, których nie rozumiem, nie przestaję wierzyć, że Bóg jest dobry. Jezus nie pozostaje poza ludzkim cierpieniem Jest jednak coś niezwykle ważnego.

    Bóg nie odpowiada na cierpienie świata, pozostając daleko od niego. Sam wchodzi w ten świat.

    Jezus od początku swojego życia doświadcza zagrożenia. Jego rodzina musi uciekać. Staje się uchodźcą. Dorasta w świecie przemocy, niesprawiedliwości, choroby, śmierci i ludzkiego bólu. A później sam doświadcza odrzucenia, zdrady, przemocy i śmierci.

    Dlatego kiedy człowiek pyta: „Boże, czy Ty wiesz, czym jest cierpienie?” Chrześcijańska odpowiedź brzmi: Tak.
    Bóg nie patrzy na nasze cierpienie z bezpiecznego dystansu. W Jezusie wszedł w sam środek ludzkiego bólu. Największy paradoks Herod chciał zabić Jezusa, ponieważ bał się, że Jezus odbierze mu królestwo. A Jezus rzeczywiście przyszedł jako Król. Tylko że Jego Królestwo nie wyglądało tak, jak wyobrażał je sobie Herod.

    Jezus nie przyszedł odebrać komuś tronu. Przyszedł oddać swoje życie. Nie budował Królestwa przez przemoc. Budował je przez miłość. Nie zabijał swoich przeciwników. Modlił się za nich. Nie niszczył słabych. Dotykał ich. Nie wykorzystywał człowieka dla własnej korzyści. Oddał siebie za człowieka. I dlatego Mateusz 2 jest czymś więcej niż historią okrutnego króla. To pierwsze zderzenie dwóch królestw: królestwa opartego na strachu i królestwa opartego na miłości.

    Co ta historia mówi o sercu Boga?

    Mówi mi, że Bóg nie jest Bogiem przemocy. Mówi, że ludzkie zło jest prawdziwe i ma realne konsekwencje. Mówi, że Bóg widzi cierpienie, nawet jeśli świat o nim zapomina.

    Mówi, że Bóg słyszy płacz. Mówi, że Bóg potrafi prowadzić i chronić nawet w świecie pełnym zagrożeń. Ale mówi również coś jeszcze: Bóg nie obiecuje, że nigdy nie spotka nas cierpienie. Obiecuje swoją obecność pośród niego.

    A w Jezusie pokazuje, jak daleko jest gotów posunąć się w swojej miłości.

    Co to mówi do mnie? Kiedy czytam o dzieciach z Betlejem, nie chcę odwracać wzroku. Chcę pozwolić sobie zobaczyć, jak straszne jest zło. Bo tylko wtedy naprawdę zaczynam rozumieć, jak wielka jest miłość Boga. Chcę również pamiętać, że za każdym cierpieniem człowieka Bóg widzi osobę, nie statystykę. Dlatego kiedy widzę cierpienie innych, nie chcę przechodzić obok niego obojętnie. Chcę mieć serce, które potrafi zapłakać. Serce, które potrafi współczuć. Serce, które potrafi pomóc. I serce, które potrafi powiedzieć:
    „Boże, nie rozumiem wszystkiego. Ale nie chcę przestać Ci ufać”.

    ❤️ Najbardziej poruszająca myśl

    Może w tym fragmencie jest jeszcze jedna rzecz, której potrzebuję.

    Czasami patrzę na swoje życie i widzę tylko to, czego Bóg nie zrobił.

    „Dlaczego tego nie zatrzymałeś?” „Dlaczego do tego dopuściłeś?” „Dlaczego pozwoliłeś, żeby tak bardzo bolało?”
    I nie zawsze dostaję odpowiedź. Ale Mateusz 2 przypomina mi, że brak odpowiedzi nie oznacza braku Boga. Józef nie rozumiał całej historii. Mędrcy nie znali całej historii. Maria nie znała całej historii. A Bóg znał ją od początku. Może więc czasami moją modlitwą nie musi być: „Boże, wyjaśnij mi wszystko”. Może może być: „Boże, kiedy nie rozumiem — trzymaj mnie blisko siebie”.

    🙏 Modlitwa

    Ojcze, ten fragment jest trudny. Nie rozumiem cierpienia niewinnych. Nie rozumiem wszystkich Twoich dróg. Nie chcę udawać, że rozumiem. Ale wierzę, że widzisz każdą łzę. Widzisz tych, o których zapomniał świat. Widzisz dzieci, które cierpią. Widzisz rodziców, którzy płaczą. Widzisz moje własne pytania i ból. Proszę, daj mi serce, które nie stanie się obojętne na cierpienie. Naucz mnie współczuć. Naucz mnie pomagać. Naucz mnie chronić słabszych.I kiedy spotykam rzeczy, których nie potrafię zrozumieć, pomóż mi nie odwracać się od Ciebie. Przypominaj mi, że Ty sam wszedłeś w ludzki ból. Że Jezus zna odrzucenie, strach, cierpienie i śmierć.

    I że historia nie kończy się na Betlejem. Nie kończy się na Herodzie. Nie kończy się na krzyżu. Bo ostatnie słowo należy do życia.

    Amen. ❤️

    —

    🌿 Myśl na koniec

    Herod chciał zniszczyć Jezusa, ponieważ bał się utraty swojego królestwa. Bóg przyszedł na świat jako Dziecko, aby nie zabierać życia, ale je oddać.

    I może właśnie dlatego, czytając o rzezi niewiniątek, najbardziej chcę zapamiętać:

    Bóg widzi każdy ból.

    Bóg nie jest obojętny na żadną łzę.

    A nawet kiedy nie rozumiem Jego milczenia, mogę wierzyć, że Jego serce nie przestało być sercem Ojca. ❤️

  • Ewangelia Mateusza rozdział II

    Mateusz 2 — Bóg, który widzi więcej 

    ❤️

    Drugi rozdział Ewangelii Mateusza jest pełen wydarzeń, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się trudne i chaotyczne: Mędrcy przybywający ze Wschodu, Herod szukający Jezusa, ucieczka do Egiptu i powrót do Nazaretu. A jednak kiedy zatrzymam się nad tym tekstem, widzę przede wszystkim Boga, który widzi więcej, prowadzi, ostrzega, chroni i troszczy się o swoich.

    To także historia ludzi, którzy musieli zdecydować, komu zaufają.

    Mędrcy — ludzie, którzy wyruszyli w poszukiwaniu Króla

    Mateusz mówi, że Mędrcy przybyli ze Wschodu, ponieważ zobaczyli gwiazdę i rozpoznali w niej znak narodzin Króla.

    Nie wiemy dokładnie, kim byli, ilu ich było ani z jakiego kraju pochodzili. Najczęściej łączy się ich z terenami Persji, Babilonii lub szerzej — Bliskiego Wschodu. Byli prawdopodobnie ludźmi wykształconymi, związanymi z religią, obserwacją nieba i interpretowaniem znaków. Nie byli „magikami” w dzisiejszym znaczeniu tego słowa.

    Być może znali również pewne żydowskie proroctwa dotyczące przyszłego Króla. Nie możemy jednak powiedzieć z całą pewnością, co dokładnie wiedzieli. Wiemy natomiast jedno: zobaczyli znak i wyruszyli. Nie zatrzymali się na ciekawości. Podjęli trud podróży, zostawili swoje miejsce i ruszyli w nieznane.

    Ich wiara miała swoją cenę. I to jest pierwsza lekcja dla mnie: czasami mówię „Boże, chcę Cię znaleźć”, ale jednocześnie chciałabym, żeby nic mnie to nie kosztowało. Mędrcy pokazują, że szukanie Boga czasami wymaga odwagi, decyzji i zrobienia pierwszego kroku, nawet jeśli nie znam całej drogi.
    Zobaczyli więcej niż widziały oczy. Mędrcy przychodzą do Jezusa nie do pałacu, lecz do skromnej rodziny. Maria i Józef nie byli ludźmi otoczonymi bogactwem.
    Przy ofiarowaniu Jezusa w świątyni złożyli dwie synogarlice lub dwa młode gołębie — ofiarę przewidzianą dla osób, których nie było stać na baranka. A jednak właśnie do tej rodziny przychodzą Mędrcy. Patrząc tylko oczami, można było zobaczyć młodą matkę, Józefa i małe Dziecko. Mędrcy zobaczyli Króla.
    Dlatego padają przed Nim na twarz i oddają Mu pokłon. To niezwykle piękny obraz: świat mógł zobaczyć zwyczajną, skromną rodzinę, ale Mędrcy zobaczyli coś więcej. Nie wszystko, co najcenniejsze, wygląda na cenne. Czasami Bóg ukrywa wielkie rzeczy pod bardzo prostą postacią. Jezus — Król świata — przychodzi jako bezbronne Dziecko.
    I może właśnie tego potrzebuję nauczyć się również ja: patrzeć głębiej. Nie oceniać ludzi, sytuacji i własnego życia tylko po tym, co widać dzisiaj.
    Nie przyszli z pustymi rękami Mędrcy otworzyli swoje skarby i ofiarowali Jezusowi złoto, kadzidło i mirrę. Były to kosztowne dobra. Tradycja chrześcijańska widzi
    w nich również symbolikę: złoto związane z królewską godnością Jezusa, kadzidło
    z Jego boskością, a mirrę z Jego przyszłym cierpieniem i śmiercią. Mateusz nie wyjaśnia jednak sam znaczenia tych darów, dlatego tę symbolikę warto traktować jako tradycyjną interpretację. Jest natomiast coś pewnego: Mędrcy nie przyszli tylko po to, żeby coś otrzymać. Przyszli również coś dać.

    I tutaj pojawia się pytanie do mojego serca: Co jest moim skarbem? Może pieniądze, ale nie tylko. Mój czas. Moje zdolności. Moja praca. Moja rodzina. Moje doświadczenie. Moje plany. Moje marzenia. A może przede wszystkim moja potrzeba kontroli? Czasami największym darem, jaki mogę oddać Bogu, jest powiedzenie: „Boże, to jest moje życie. Moje plany i moja przyszłość. Oddaję Ci je. Pokaż mi, co mam z nimi zrobić”.

    Czy Bóg przygotował zaopatrzenie, zanim pojawiła się potrzeba?

    I tutaj pojawia się jedna z najbardziej poruszających myśli tego rozdziału.

    Zaraz po odejściu Mędrców anioł mówi Józefowi, aby wstał, zabrał Jezusa i Marię
    i uciekł do Egiptu. Józef jeszcze chwilę wcześniej nie wiedział, że będzie musiał uciekać. Nie wiedział, jak długo będą poza domem ani co ich tam
    czeka. A chwilę wcześniej do ich życia przychodzą Mędrcy z kosztownymi darami. Biblia nie mówi wprost, że złoto, kadzidło i mirra zostały wykorzystane na podróż
    i pobyt w Egipcie, dlatego nie możemy powiedzieć tego jako pewnika. Ale możemy zauważyć, że były to wartościowe dary, które mogły stać się materialnym wsparciem dla rodziny.

    I właśnie tutaj widzę piękny obraz Bożego działania: Bóg może przygotować zaopatrzenie, zanim ja jeszcze wiem, że będę go potrzebować.
    Ja widzę dzisiejszy dzień. – Bóg widzi jutro. Ja widzę potrzebę dopiero wtedy, kiedy się pojawia. – Bóg zna ją wcześniej. Nie oznacza to, że Bóg zawsze da mi dokładnie to, czego oczekuję. Ale mogę wierzyć, że nie jestem poza Jego spojrzeniem.

    Bóg może posłużyć się drugim człowiekiem

    Mędrcy prawdopodobnie nie wiedzieli, co stanie się z ich darami. Przyszli, aby oddać pokłon Królowi. Być może nie mieli pojęcia, że ich obecność i to, co ze sobą przynieśli, może mieć znaczenie również dla dalszej historii tej rodziny. I to jest piękne. Oni widzieli swój dar. Bóg widział jego dalszą historię.
    Może tak samo jest czasami ze mną.
    Daję komuś swój czas, pomoc, pieniądze, dobre słowo czy zwykłą obecność i myślę, że to tylko mały gest. A Bóg może widzieć znacznie więcej. Może moje „małe” stanie się dla kogoś odpowiedzią na modlitwę.

    Herod — kiedy człowiek bardziej boi się utraty kontroli niż Boga

    Na drugim końcu tej historii stoi Herod.

    Mędrcy szukają Jezusa, żeby oddać Mu pokłon. Herod słyszy o Jezusie i zaczyna się bać. Dlaczego? Bo Jezus jest Królem, a Herod chce zachować swoją władzę. To ogromny kontrast. Mędrcy widzą w Jezusie Króla, którego warto szukać. Herod widzi w Nim zagrożenie, które trzeba usunąć. I to również może być pytanie do mnie. Czy chcę, aby Bóg był w moim życiu, ale jednocześnie chcę sama wszystko kontrolować? Czy potrafię powiedzieć: „Boże, nie rozumiem, ale ufam Ci”?

    Mędrcy wybrali Boga zamiast strachu przed człowiekiem

    Herod poprosił Mędrców, aby po odnalezieniu Jezusa wrócili do niego i powiedzieli, gdzie znajduje się Dziecko. Bóg jednak ostrzegł ich we śnie, aby tego nie robili. I Mędrcy posłuchali Boga. Wrócili do swojej krainy inną drogą. To było nieposłuszeństwo wobec polecenia króla. Herod mógł się rozgniewać — i rzeczywiście jego późniejsze działania pokazują, jak wielki był jego gniew. Mędrcy jednak nie pozwolili, aby strach przed człowiekiem był większy niż ich posłuszeństwo Bogu.

    To bardzo ważna lekcja.

    Czasami również ja mogę bać się czyjejś reakcji. „Co ktoś powie?” „Co pomyślą?” „Czy się nie obrazi?” „Czy nie będzie zły?”
    A jednak Mędrcy przypominają: Nie mogę pozwolić, aby strach przed człowiekiem odebrał mi odwagę do posłuszeństwa Bogu.

    Józef — człowiek, który słucha i działa

    Józef w tym rozdziale prawie nic nie mówi, ale jego czyny mówią bardzo dużo.
    Bóg mówi — Józef słucha. Bóg mówi: „Wstań i uciekaj” — Józef wstaje i ucieka. Bóg mówi: „Wróć” — Józef wraca. Nie dostaje mapy całego życia Jezusa. Dostaje światło na następny krok i to wystarcza.

    Czy nie tego właśnie często oczekuję od Boga? Chciałabym znać całą przyszłość. Chciałabym wiedzieć, co będzie za rok, za pięć lat, jak wszystko się skończy. A Bóg czasami mówi tylko: „Zaufaj Mi dzisiaj. Zrób następny krok”.
    Może wiara właśnie na tym polega. Nie na tym, że znam całą drogę, tylko na tym, że znam Tego, który ją zna.

    Ojcowskie serce Boga

    W Mateuszu 2 szczególnie mocno widzę Boga jako Ojca, który troszczy się o swoje dziecko.

    Bóg ostrzega Józefa. Prowadzi go. Chroni Jezusa. Pokazuje, kiedy trzeba odejść,
    a kiedy można wrócić.

    Nie mówi: „Nic złego się nie wydarzy”. Mówi: „Wstań. Idź. Ja wiem, dokąd cię prowadzę”. Boża ochrona nie zawsze oznacza, że usunie z naszej drogi każde niebezpieczeństwo. Czasami oznacza, że przeprowadzi nas przez trudną drogę.
    I może właśnie tego potrzebuję usłyszeć:

    Bóg nie obiecuje, że droga zawsze będzie łatwa. Obiecuje, że nie muszę iść nią sama.

    Kiedy nie rozumiem, co Bóg robi

    Mateusz 2 nie jest historią bez cierpienia.

    Jest Herod, jest strach, jest ucieczka, są niewinne dzieci, jest ból. A jednak Boży plan nie zostaje pokonany. Jezus zostaje ocalony. Rodzina trafia do Egiptu, a później wraca. I to przypomina mi coś bardzo ważnego: Nie oceniaj całej historii na podstawie jednego trudnego rozdziału. Czasami w moim życiu coś wygląda jak koniec. Drzwi się zamykają. Plan się rozpada. Muszę zacząć od początku. Nie wiem, dlaczego Bóg na to pozwala.

    Ale Mateusz 2 uczy mnie, że to, co wygląda jak przerwanie planu, może stać się częścią większej historii. Ja widzę fragment. Bóg widzi całość. Spotkanie z Jezusem zmienia drogę Mędrcy przyszli jedną drogą, a wrócili inną. To dla mnie piękny symbol. Prawdziwe spotkanie z Jezusem powinno coś we mnie zmieniać. Może muszę zmienić kierunek. Zostawić coś, do czego ciągle wracam. Przestać żyć w sposób, który Bóg pokazuje mi jako niewłaściwy. Mędrcy nie wrócili do Heroda. Wybrali inną drogę. Może ja również czasami potrzebuję usłyszeć: „Tędy już nie. Chodź ze Mną inną drogą”.

    ❤️ Co Mateusz 2 mówi o mnie?

    Mówi mi, że mogę być podobna do Heroda — kiedy bardziej zależy mi na kontroli niż na Bogu. Mogę być podobna do Mędrców — kiedy nie wiem wszystkiego, ale szukam Jezusa i jestem gotowa wyruszyć. Mogę być podobna do Józefa — kiedy słucham Boga i robię kolejny krok, nawet jeśli nie znam całej drogi.
    I dlatego chcę dziś zadać sobie pytanie: Czy bardziej szukam odpowiedzi, czy szukam Jezusa? Bo czasami nie dostaję odpowiedzi, której oczekuję. Ale mogę dostać coś jeszcze ważniejszego: Bożą obecność.

    ❤️ Czego uczy mnie ojcowskie serce Boga?

    Kiedy czytam Mateusza 2, mam wrażenie, jakby Bóg mówił: „Nie musisz znać całej drogi. Ja ją znam”. „Kiedy nie widzisz rozwiązania, Ja już widzę możliwości”. „Kiedy drzwi się zamykają, nie zakładaj od razu, że Cię opuściłem”.„Kiedy każę Ci zmienić kierunek, zaufaj Mi”. „Kiedy nie rozumiesz, co robię, pamiętaj, że widzę więcej niż Ty”. I może najpiękniejsze: „Nie musisz widzieć wszystkiego, żeby Mi zaufać”.

    🙏 Moja modlitwa po przeczytaniu Mateusza 2

    Ojcze, naucz mnie patrzeć głębiej — nie tylko oczami, ale sercem. Kiedy widzę problem, pokaż mi swoją obecność. Kiedy widzę brak, przypomnij mi, że Ty znasz moje potrzeby. Kiedy nie rozumiem drogi, daj mi odwagę zrobić następny krok. Naucz mnie ufać Ci tak jak Józef, szukać Cię tak jak Mędrcy i nie bać się bardziej człowieka niż Ciebie. Pomóż mi otworzyć przed Tobą mój skarbiec — moje plany, marzenia, czas, pieniądze, relacje i wszystko, co tak bardzo chcę zatrzymać dla siebie.

    Chcę Ci powiedzieć: „Boże, moje życie jest w Twoich rękach. Nie znam całej drogi, ale znam Ciebie. I chcę Ci zaufać”.

    Amen. ❤️

    🌿 Jedna myśl, którą chcę zabrać ze sobą

    Mędrcy zobaczyli małe Dziecko i rozpoznali w Nim Króla. Józef nie znał całej drogi, ale zrobił następny krok. Maria i Józef mieli niewiele, a Bóg powierzył im największy Skarb. Mędrcy otworzyli swoje skarby, nie wiedząc, do czego Bóg wykorzysta ich dary. A Bóg przez cały czas widział więcej. Dlatego nie muszę rozumieć całej swojej drogi, aby zaufać Temu, który ją zna. Bo kiedy ja widzę tylko dzisiejszy dzień, Bóg widzi całą historię.