Czasem odkładamy spotkanie z Bogiem na później. Aż życie się uspokoi, uporządkujemy myśli i znajdziemy odpowiednie słowa do modlitwy.
Tymczasem drugi rozdział Łukasza prowadzi nas do Dziecka położonego w żłobie. W narodzinach Jezusa możemy zobaczyć Boga, który zbliża się do ludzi pośród ich rzeczywistego życia — z jego trudnościami, troską i czułością.
Bliskość zaczyna się pośród zwyczajności
Łk 2,1–20
Maria rodzi Jezusa w Betlejem, owija Go w pieluszki i kładzie w żłobie. Wiadomość o narodzinach Zbawiciela dociera do pasterzy podczas nocnego czuwania nad stadem. Przestraszeni słyszą wezwanie, żeby się nie bali,
i zaproszenie do wielkiej radości. To poruszające, że znakiem jest Niemowlę,
do którego można podejść. W tej scenie wielkość Boga spotyka się z kruchością ludzkiego życia. Jezus potrzebuje ramion, opieki i ciepła. Rozważając Jego narodziny, możemy pozwolić, by ten obraz łagodnie zmieniał nasze wyobrażenie Ojca. Zwłaszcza jeśli modlitwa kojarzy nam się z napięciem i obawą, czy jesteśmy wystarczająco dobre. Możemy zacząć od prostego: „Tatusiu, jestem. Chcę Cię poznawać”. Pasterze przychodzą, a później wracają do swoich zajęć, wielbiąc Boga. Ich spotkanie z Jezusem przenika codzienność. Także nasza modlitwa może znaleźć miejsce między obowiązkami: w chwili ciszy, podczas drogi do pracy,
w szczerym westchnieniu nad czymś trudnym.
Nadzieja, którą można wziąć w ramiona
Łk 2,21–40
Jezus otrzymuje swoje imię, a rodzice przynoszą Go do świątyni zgodnie
z Prawem. Symeon bierze Go w objęcia i rozpoznaje w Nim Boże zbawienie, światło dla narodów. Prorokini Anna dziękuje Bogu i opowiada o Dziecku innym oczekującym. Symeon zapowiada również sprzeciw wobec Jezusa i ból Marii. Radość i trudna prawda pojawiają się tu razem. Bliskość Boga nie jest obietnicą życia bez cierpienia. Pozwala jednak szukać oparcia także wtedy, gdy miłość staje się bolesna. Symeon trzyma nadzieję w ramionach. To piękny obraz dla serca, które długo czekało i potrzebuje czegoś więcej niż kolejnego wyjaśnienia. Niekiedy potrzebujemy przede wszystkim obecności: kogoś, przy kim możemy odetchnąć, powiedzieć prawdę i poczuć, że nasz ból ma znaczenie. W modlitwie możemy przynieść Ojcu właśnie taką potrzebę. Nie musimy wymuszać na sobie radości. Możemy prosić o ukojenie, przyjąć czyjąś pomoc i szukać drobnych śladów dobra w dzisiejszym dniu.
Możesz kochać i jeszcze nie rozumieć
Łk 2,41–52
Maria i Józef z niepokojem szukają dwunastoletniego Jezusa. Odnajdują Go
w świątyni. Jezus mówi o swoim Ojcu, lecz rodzice nie rozumieją Jego odpowiedzi. Potem wraca z nimi do Nazaretu i wzrasta, a Maria zachowuje te sprawy w sercu. Maria, która wcześniej zaufała, nadal doświadcza chwil niezrozumienia. Może to przynieść ulgę również nam. Pytania i niepokój nie muszą oznaczać końca naszej drogi z Bogiem. Są doświadczenia, których nie potrafimy od razu wyjaśnić. Możemy dać im czas, rozważać je i rozmawiać o nich
z Ojcem. „Tatusiu, nie rozumiem. Pomóż mi pozostać otwartą na Ciebie”
— to wystarczy jako początek modlitwy. Rozdział kończy się wzrastaniem Jezusa w Nazarecie. Przypomina nam o wartości zwyczajnych dni. Bliskość dojrzewa przez obecność, słuchanie i małe gesty miłości. Możemy uczyć się jej dzisiaj,
bez czekania na idealny moment.
Zatrzymaj się na chwilę: Z czym chciałabym dzisiaj przyjść do Ojca, bez udawania, że wszystko rozumiem?
Modlitwa
Tatusiu, patrząc na narodziny Jezusa, chcę uczyć się Twojej bliskości.
Pomóż mi spotykać się z Tobą pośród zwyczajnego dnia, ze zmęczeniem, radością
i pytaniami, które noszę w sercu. Otocz troską to, co jest we mnie kruche.
Ucz mnie przyjmować pomoc i dawać innym ciepłą, uważną obecność.
Kiedy nie rozumiem, prowadź mnie cierpliwie i pomagaj wzrastać w miłości. Amen.
Myśl na dziś: Mogę spotykać się z Ojcem pośród mojego zwyczajnego, jeszcze nieuporządkowanego życia.


Dodaj komentarz