Są takie chwile, kiedy wciąż wykonujemy codzienne czynności, ale w środku czujemy, że coś się skończyło. Wstajemy, pracujemy, rozmawiamy z ludźmi, a jednocześnie nosimy w sobie stratę. Utraconą relację, zawiedzioną nadzieję, poczucie, że po tym, co się wydarzyło, trudno będzie jeszcze zaufać. W takim stanie łatwiej przygotować się na kolejne rozczarowanie niż dopuścić myśl, że może wydarzyć się coś dobrego. Ból staje się znajomy. Nadzieja wymaga otwarcia serca, które przecież już raz zostało zranione. Ostatni rozdział Ewangelii Marka zaczyna się od kobiet idących do grobu. Przychodzą zatroszczyć się o ciało Jezusa. Nie spodziewają się spotkania z życiem. Właśnie tam dociera do nich wiadomość, która przekracza wszystko, co potrafiły sobie wyobrazić. Czytając ten rozdział, możemy patrzeć na Ojcowskie Serce, które otwiera przyszłość także przed ludźmi pogrążonymi w smutku, przestraszonymi i zawstydzonymi własną słabością.
Warto wiedzieć: wersety 9–20 są nazywane dłuższym zakończeniem Marka. Nie występują w części najstarszych zachowanych rękopisów, a ich styl różni się od wcześniejszego tekstu. Są jednak od wieków czytane w Kościele; w tradycji katolickiej należą do tekstu kanonicznego. W tym rozważaniu przyjrzymy się całemu rozdziałowi, pamiętając o tej różnicy.
Ojciec spotyka mnie także wtedy, gdy potrafię zrobić tylko mały krok
Mk 16,1–4
Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome przychodzą z wonnościami do grobu. Martwią się, kto odsunie ciężki kamień. Na miejscu widzą, że wejście jest już otwarte. Ich droga zaczyna się od troski. Nie mają odpowiedzi na wszystkie pytania i nie wiedzą, jak pokonają przeszkodę. Robią jednak to, co w tej chwili potrafią. Możemy odnaleźć w tym obraz własnego życia. Czasem nie umiemy jeszcze odbudować zaufania, uporządkować całej sytuacji ani wyobrazić sobie przyszłości. Jesteśmy jednak zdolne wykonać jeden mały krok: powiedzieć komuś prawdę, poprosić o pomoc, wrócić do modlitwy, zadbać o siebie po trudnym czasie. Ta scena nie jest obietnicą, że każda przeszkoda zniknie, zanim do niej dotrzemy. Może jednak przypominać, że nasze przewidywania nie obejmują wszystkiego. Kiedy długo żyjemy w lęku, zaczynamy traktować najgorszy scenariusz jak pewność. Tymczasem dopiero idąc, możemy zobaczyć coś, czego z miejsca naszego niepokoju nie było widać. Przed Ojcem nie muszę mieć gotowego planu na całe życie. Mogę przyjść z tym niewielkim krokiem, na który dzisiaj mam siłę.
Ojciec daje nadzieję, która nie wymazuje prawdy o cierpieniu
Mk 16,5–6
W grobie kobiety spotykają młodzieńca w białej szacie. Słyszą, że Jezus, którego szukają — ukrzyżowany Jezus z Nazaretu — zmartwychwstał. W tej wiadomości pozostaje pamięć o krzyżu. Zmartwychwstanie dotyczy właśnie Tego, który cierpiał i umarł. Jego historia nie zostaje zastąpiona opowieścią, w której nic bolesnego się nie wydarzyło. To ważne również dla naszego serca. Niekiedy chcemy odzyskać spokój przez zapomnienie, pomniejszenie krzywdy albo wmówienie sobie, że nie powinna już boleć. Ale uzdrowienie nie wymaga udawania, że strata była niewielka. Chrześcijańska nadzieja zmartwychwstania mówi, że śmierć nie ma ostatecznego słowa wobec Jezusa. W świetle tej nadziei możemy powierzać Ojcu także nasze zranione życie. Nie wszystko zostanie naprawione w sposób, którego oczekujemy, i nie każda utrata zostanie nam tutaj zwrócona. Możemy jednak prosić, żeby ból nie zamknął całej naszej przyszłości. To, co mnie spotkało, jest częścią mojej historii. Nie musi określać wszystkiego, co jeszcze może się w niej wydarzyć.
Ojciec pamięta o człowieku, który zawiódł
Mk 16,7
Kobiety mają przekazać wiadomość uczniom, a Piotr zostaje wymieniony osobno. Jezus wyprzedza ich w drodze do Galilei; tam mają Go zobaczyć, zgodnie
z wcześniejszą zapowiedzią. Po zaparciu się Jezusa imię Piotra brzmi szczególnie mocno. Możemy odczytać to wyróżnienie jako osobiste zapewnienie,
że wiadomość jest także dla niego. Wstyd często sprawia, że człowiek sam wyłącza siebie z relacji. „Po tym, co zrobiłam, nie powinnam już przychodzić.
Nie mam prawa prosić. Najpierw muszę udowodnić, że zasługuję na kolejną szansę”. Z czasem oddalenie wydaje się jedynym uczciwym rozwiązaniem. Tymczasem w tej scenie zaproszenie dociera również do ucznia, który zawiódł. Nie usuwa prawdy o jego decyzjach, ale otwiera przed nim drogę do spotkania. Możemy zobaczyć tutaj ważny wymiar Ojcowskiego Serca: prawda o błędzie nie musi kończyć relacji. Mogę uznać swoją odpowiedzialność, naprawiać to, co możliwe, i równocześnie przyjąć, że nadal jestem zaproszona do bliskości.
Skrucha pomaga wracać. Wstyd, który przekonuje mnie, że cała jestem bezwartościowa, często sprawia, że chowam się jeszcze głębiej.
Ojciec zna lęk, który nie znika od razu po usłyszeniu dobrej wiadomości
Mk 16,8
Kobiety uciekają od grobu ogarnięte przestrachem i zdumieniem. Werset ósmy pozostawia je w milczeniu spowodowanym lękiem. To zaskakujące. Mogłybyśmy oczekiwać natychmiastowej radości, pewności i odwagi. Tekst pozwala jednak zobaczyć ludzi przytłoczonych wydarzeniem, którego jeszcze nie potrafią objąć. Tak bywa również z nami. Możemy usłyszeć słowa nadziei i nadal czuć napięcie. Możemy pragnąć zaufania, a jednocześnie bać się, że kolejne rozczarowanie będzie zbyt bolesne. Serce nie zawsze zmienia się w tym samym tempie, w jakim rozumiemy zdanie wypowiedziane do nas. Ta scena daje przestrzeń do uczciwości. Nie muszę naśladować cudzej radości ani wymuszać na sobie spokoju.
Mogę powiedzieć: „Ojcze, chcę przyjąć tę nadzieję, ale jeszcze się boję”.
Lęk potrzebuje zauważenia. Zauważony i wypowiedziany może stopniowo przestać kierować każdym naszym krokiem.
Ojciec pomaga mi otwierać serce, kiedy smutek utrudnia przyjęcie nadziei
Mk 16,9–14
Dłuższe zakończenie opisuje spotkania zmartwychwstałego Jezusa i niedowierzanie uczniów. W końcu Jezus przychodzi do Jedenastu i upomina ich za brak wiary oraz upór. Smutek może zawężać naszą zdolność przyjmowania nowych wiadomości. Kiedy coś bardzo nas zraniło, łatwiej rozpoznajemy oznaki zagrożenia niż sygnały dobra. Czasem chronimy się słowami: „Nie uwierzę, żeby znowu nie cierpieć”. W tym fragmencie Jezus nazywa także upór uczniów.
Jest różnica między szczerym pytaniem a zamknięciem, które z góry odrzuca każdą odpowiedź. Warto delikatnie zbadać, co dzieje się w naszym sercu: czy szukam prawdy, czy próbuję ochronić się przed wszystkim, co mogłoby zmienić mój obraz rzeczywistości? Upomnienie nie kończy spotkania. Jezus nadal rozmawia z uczniami i powierza im zadanie. Możemy w tym zobaczyć miłość, która traktuje człowieka poważnie: dostrzega jego trudność, a zarazem zaprasza go do wzrostu. Ojciec może pomagać mi dojrzewać do zaufania. Czasem przez pocieszenie, a czasem przez prawdę, której początkowo nie chcę usłyszeć.
Ojciec powierza dobro ludziom, którzy nadal się uczą
Mk 16,15–16
Jezus posyła uczniów, by głosili Ewangelię całemu światu. Łączy odpowiedź wiary z chrztem i mówi również o poważnych konsekwencjach niewiary. To zadanie otrzymują ludzie, których niedowierzanie właśnie zostało nazwane. Ich historia pokazuje, że droga ucznia obejmuje uczenie się, korektę i ponowne podejmowanie odpowiedzialności. Możemy długo czekać na moment, w którym poczujemy się wystarczająco przygotowane do czynienia dobra. A przecież już dzisiaj możemy wysłuchać człowieka, uczciwie przyznać się do błędu, okazać troskę albo opowiedzieć o nadziei, którą same odkrywamy. Słowa o zbawieniu
i potępieniu są poważne. Nie należy sprowadzać ich do narzędzia wywierania presji ani na ich podstawie wydawać wyroków na konkretne osoby. Nie znamy całej historii drugiego człowieka ani wszystkich przyczyn jego trudności z wiarą. Możemy natomiast zadbać o to, czy nasze świadectwo pomaga mu zobaczyć miłość Boga. Dobra Nowina potrzebuje słów i życia, które pozwala tym słowom zaufać.
Ojciec uczy mnie troski o życie i odpowiedzialnego zaufania
Mk 16,17–18
Wśród znaków towarzyszących wierzącym tekst wymienia uwolnienie, nowe języki, ochronę w niebezpieczeństwie oraz uzdrowienia. Ten fragment wymaga uważnego czytania. Wzmianki o wężach i truciźnie nie są poleceniem wystawiania się na zagrożenie, żeby sprawdzić Boga lub udowodnić swoją wiarę. Opis znaków nie ustanawia też wymogu, by każdy wierzący doświadczał wszystkich wymienionych zjawisk. Szczególnie delikatnie trzeba mówić o chorych. Brak uzdrowienia nie daje nam prawa oskarżać ich o zbyt małą wiarę. Modlitwa może iść razem z leczeniem, wsparciem i zwyczajną, cierpliwą opieką. W rozważaniu o Ojcowskim Sercu możemy zapytać, czy nasze zaufanie prowadzi do troski o człowieka. Czy umiemy być przy nim również wtedy, gdy oczekiwana poprawa nie przychodzi? Czy potrafimy szanować jego bezradność, zamiast obciążać go kolejnym wymaganiem? Miłość staje się wiarygodna także przez to, jak traktujemy ludzi, którzy nadal cierpią.
Ojciec pozwala mi działać z poczuciem, że nie jestem sama
Mk 16,19–20
Zakończenie mówi o wywyższeniu Jezusa oraz o uczniach podejmujących głoszenie. Pan współdziała z nimi. To ostatnie zdanie może przynieść ulgę osobom, które czują się odpowiedzialne za wszystko. Za zmianę drugiego człowieka, za jego decyzje, za wynik każdej rozmowy, za powodzenie każdego dobrego zamiaru. Mam swoją część odpowiedzialności: mogę być uczciwa, przygotować się, słuchać, działać i naprawiać błędy. Nie mam jednak władzy nad całym rezultatem. Drugi człowiek pozostaje wolny, a życie jest większe niż moje możliwości. Współdziałanie z Bogiem pozwala podejmować wysiłek i równocześnie powierzać Mu to, czego nie potrafię kontrolować. Mogę zrobić to, co do mnie należy, bez przekonania, że muszę sama uratować cały świat.
Co ten rozdział odsłania z Ojcowskiego Serca?
Ostatni rozdział Marka otwiera przed nami nadzieję zmartwychwstania.
Dociera ona do ludzi przeżywających żałobę, lęk, niedowierzanie i wstyd.
Nie wszyscy przyjmują ją od razu, ale zaproszenie do spotkania zostaje im przekazane. W Jezusie możemy odkrywać Boga, który otwiera drogę powrotu, mówi prawdę i powierza odpowiedzialność. Piotr nadal otrzymuje wiadomość. Uczniowie nadal otrzymują zadanie. Ich słabość zostaje nazwana, a ich przyszłość pozostaje otwarta. Także ja mogę przyjść do Ojca z historią, której nie da się cofnąć. Mogę prosić o przebaczenie, pomoc i odwagę do następnego kroku.
Nie muszę dzisiaj widzieć całej drogi, żeby zacząć nią iść.
Od zamknięcia w lęku do zaufania dziecka
Mogę zrobić mały krok, nawet jeśli nie znam jeszcze rozwiązania.
Mogę dopuścić nadzieję, szanując prawdę o swoim bólu.
Mogę wrócić do Ojca po błędzie i podjąć odpowiedzialność za jego skutki.
Mogę powiedzieć Mu, że nadal się boję.
Mogę czynić dobro, ucząc się i przyjmując potrzebną korektę.
Mogę powierzać Bogu to, czego nie potrafię kontrolować.
Pytania do serca
Wybierz jedno pytanie i pozostań z nim przez chwilę.
Jaki trudny scenariusz traktuję dzisiaj jak pewność?
Jaki mały krok mogę wykonać, mimo że nie mam wszystkich odpowiedzi?
Czy wstyd sprawia, że oddalam się od Boga i ludzi?
Co utrudnia mi przyjęcie nadziei?
Czy potrafię odróżnić szczere pytania od zamknięcia na odpowiedź?
Jak mogę okazać dobro komuś, kto nadal cierpi?
Za jaki rezultat biorę odpowiedzialność większą, niż rzeczywiście mam?
Modlitwa
Ojcze, przychodzę do Ciebie z tym, co we mnie żywe, i z tym, co wydaje mi się już utracone. Znasz mój smutek, moje rozczarowania i lęk przed ponownym zaufaniem. Pomóż mi przyjmować nadzieję bez udawania, że przeszłość nie bolała. Kiedy wstyd oddala mnie od Ciebie, przypomnij mi, że mogę wrócić.
Daj mi odwagę uznać błędy, naprawić to, co możliwe, i przyjąć przebaczenie.
Ucz mnie patrzeć na siebie z prawdą i miłosierdziem. Otwieraj moje serce tam, gdzie zamknęło się z obawy przed cierpieniem. Prowadź mnie przez małe kroki. Pomóż mi słuchać, dostrzegać dobro i przyjmować wsparcie, którego potrzebuję. Ucz mnie dzielić się nadzieją w sposób, który szanuje drugiego człowieka.
Daj mi cierpliwość wobec chorych, smutnych i wątpiących. Pomóż mi wiernie robić to, co do mnie należy, a resztę powierzać Tobie. Amen.
Myśl na dziś: Moja historia pozostaje otwarta — mogę przyjąć zaproszenie Ojca i zrobić następny krok, także z lękiem i po błędzie.


Dodaj komentarz