Ewangelia Marka XV – Ojciec, do którego możemy wołać także w ciemności

Są takie chwile, kiedy najbardziej boli nie samo cierpienie, lecz poczucie,
że zostaliśmy w nim sami. Ktoś nas niesprawiedliwie ocenił. Ktoś, komu ufaliśmy, odszedł. Modlimy się, ale nie przychodzi odpowiedź, której potrzebujemy.
Wtedy obok bólu pojawia się pytanie: „Boże, gdzie jesteś?”. Niekiedy zatrzymujemy je w sobie, bo boimy się, że człowiek wierzący nie powinien tak pytać. Piętnasty rozdział Ewangelii Marka prowadzi nas do miejsca, w którym podobne wołanie wypowiada sam Jezus. Zanim jednak je usłyszymy, zobaczymy oskarżenia, wybór tłumu, upokorzenie i krzyż. To trudny rozdział. Potrzebuje uważności, żebyśmy nie przykryli ludzkiego cierpienia zbyt szybką odpowiedzią. Czytając go z sercem skierowanym ku Ojcu, możemy odkrywać miłość, która
w Jezusie wchodzi w najboleśniejsze ludzkie doświadczenia. Także w te, o których trudno nam mówić i w których nie umiemy już odnaleźć żadnego sensu.

Ojciec zna prawdę o mnie, także wtedy, gdy inni mnie oskarżają

Mk 15,1–5

Jezus zostaje przyprowadzony do Piłata. Odpowiada na pytanie o swoją królewską godność, ale wobec kolejnych oskarżeń milczy. Piłat jest tym zdziwiony.
Kiedy ktoś mówi o nas nieprawdę, często budzi się w nas ogromna potrzeba wyjaśniania. Chcemy znaleźć takie zdanie, które przekona wszystkich, obroni nasze intencje i przywróci nam dobre imię. Niekiedy rozmowa rzeczywiście pomaga. Bywa jednak, że druga strona już wydała wyrok i nie chce usłyszeć odpowiedzi. Milczenie Jezusa może prowadzić nas do pytania, na czym opieramy poczucie własnej wartości. Czy potrafię pamiętać, kim jestem, kiedy ktoś przedstawia mnie w krzywdzący sposób? Czy wierzę, że Ojciec zna prawdę, także tę, której nie potrafię dobrze wypowiedzieć? To nie oznacza, że zawsze mam milczeć. Mam prawo bronić siebie, szukać sprawiedliwości i nazywać krzywdę. Mogę jednak uczyć się, że moja godność nie zależy wyłącznie od tego, czy uda mi się przekonać oskarżyciela. Ojciec widzi człowieka głębiej niż cudza opinia.

Ojciec uczy mnie odwagi, kiedy boję się stracić akceptację

Mk 15,6–15

Tłum domaga się uwolnienia Barabasza i ukrzyżowania Jezusa. Piłat dostrzega zawiść oskarżycieli, lecz ostatecznie podejmuje decyzję, która ma zadowolić zgromadzonych. W tej scenie możemy rozpoznać bolesny mechanizm: człowiek widzi, że dzieje się coś złego, ale ustępuje pod naciskiem innych. Spokój, pozycja albo przychylność otoczenia stają się ważniejsze niż osoba, której należałoby pomóc. Takie wybory zdarzają się również w codzienności. Ktoś jest wyśmiewany, a my dołączamy do śmiechu, żeby nie znaleźć się na jego miejscu. Słyszymy krzywdzącą opinię i przytakujemy, choć nie znamy faktów. Nie stajemy po stronie słabszego, bo obawiamy się konsekwencji. Ten fragment zaprasza do uczciwego spojrzenia na własny lęk. Ojciec może pomagać nam dojrzewać do wolności,
w której nie musimy kupować akceptacji cudzym kosztem. Czasem taka wolność zaczyna się od spokojnego zdania: „Nie zgadzam się, żeby tak o nim mówić”. Odpowiedzialność za wydarzenia opisywane przez Marka dotyczy konkretnych osób i ich decyzji. Nie daje podstaw do oskarżania całego narodu ani kolejnych pokoleń. Ten tekst prowadzi nas również do zbadania własnego serca.

Ojciec widzi godność człowieka pod warstwą upokorzenia

Mk 15,16–20

Żołnierze przebierają Jezusa, wyśmiewają Jego królewską godność, biją Go i plują na Niego. Upokorzenie sięga głębiej niż pojedyncza obelga. Próbuje przekonać człowieka, że jest kimś gorszym, że można go potraktować jak przedmiot, że jego ból nikogo nie obchodzi. Kiedy doświadczamy tego długo, cudzy głos może zacząć brzmieć w nas jak własny: „Nie zasługuję na szacunek. Ze mną naprawdę jest coś nie tak”. Patrząc na Jezusa, możemy zobaczyć, że poniżenie nie mówi prawdy
o wartości poniżanego. Okrutne zachowanie żołnierzy nie odbiera Mu godności Syna. Podobnie czyjaś pogarda nie odbiera godności tobie. Może cię głęboko zranić, ale nie staje się przez to prawdziwym opisem tego, kim jesteś. W tej scenie możemy szukać oparcia dla serca, które potrzebuje odzyskać szacunek do siebie
i odważyć się przyjąć pomoc. Ojciec nie wymaga, żebyśmy udowadniali miłość przez pozostawanie w przemocy. Szukanie ochrony, wsparcia i bezpiecznych granic może być troską o życie, które nam powierzył.

Ojciec pozwala mi przyjąć pomoc

Mk 15,21–22

Szymon z Cyreny zostaje przymuszony do niesienia krzyża Jezusa. Marek nie opisuje jego uczuć ani nie mówi, że sam zgłosił się do pomocy. Możemy jednak zatrzymać się przy samym obrazie: ciężar niesie także drugi człowiek. Ta scena stawia pytanie o nasze przekonanie, że ze wszystkim trzeba poradzić sobie samodzielnie. Czasem trudno nam powiedzieć: „Nie daję rady”. Obawiamy się,
że okażemy się słabe, niewdzięczne albo niewystarczająco wierzące.
Wolimy przeciążać siebie, niż poprosić kogoś o obecność. W modlitwie nad tym fragmentem możemy dać sobie zgodę na przyjęcie wsparcia. Telefon do bliskiej osoby, rozmowa ze specjalistą, prośba o pomoc w zwykłych obowiązkach — to konkretne sposoby troski o człowieka, który dźwiga zbyt wiele. Nie każdy ciężar znika od razu. Czasem pierwszą ulgą jest to, że przestajemy nieść go samotnie.

Ojciec nie uzależnia mojej wartości od tego, czy potrafię pokazać swoją siłę

Mk 15,23–32

Jezus zostaje ukrzyżowany pomiędzy dwoma skazańcami. Otaczają Go drwiny
i żądanie, by zszedł z krzyża. Szydercy chcą uzależnić wiarę od takiego dowodu.
W ich słowach słychać przekonanie, że prawdziwa siła powinna natychmiast zwyciężyć, usunąć cierpienie i przekonać wszystkich. Bezradność staje się dla nich powodem do pogardy. My również możemy patrzeć w ten sposób na siebie.
Jeśli coś się nie udaje, jeśli chorujemy, płaczemy albo potrzebujemy czasu, łatwo uznać to za osobistą porażkę. Bywa, że przenosimy ten sposób myślenia na relację z Bogiem: skoro mnie kocha, wszystko powinno szybko wrócić do porządku. Krzyż nie pozwala nam tak łatwo połączyć miłości Boga z zewnętrznym powodzeniem. W chrześcijańskiej wierze jest miejscem oddania Jezusa za nas,
a zarazem pozostaje rzeczywistym cierpieniem, którego nie należy upiększać. Możemy przy nim uczyć się, że słabość nie przekreśla wartości człowieka.
Nie muszę najpierw odzyskać siły, zdrowia czy dobrej opinii, żeby przyjść do Ojca. Mogę stanąć przed Nim w tym stanie, w którym jestem dzisiaj.

Ojciec przyjmuje także modlitwę, która jest wołaniem z ciemności

Mk 15,33–37

W ciemności Jezus woła: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”. Następnie umiera. Jego wołanie przywołuje początek Psalmu 22. Zatrzymajmy się przy tych słowach bez pośpiechu. Jezus wypowiada ból, którego nie łagodzi pobożnym wyjaśnieniem. W tym wołaniu jest pytanie, cierpienie i zwrócenie się do Boga: „Boże mój”. Dla człowieka, który przeżywa ciemność, może to być bardzo ważne. Modlitwa nie zawsze jest spokojem. Czasem ma postać płaczu, bezradności albo pytania, które wraca przez wiele dni. Możesz powiedzieć Ojcu, że nie rozumiesz. Możesz przyznać, że trudno ci odczuć Jego bliskość. Nie musisz zastępować tych słów zdaniami, które brzmią poprawnie, ale nie wyrażają twojego serca.
Ten fragment nie rozwiązuje wszystkich pytań o cierpienie. Pozwala jednak zobaczyć, że Jezus wszedł również w doświadczenie opuszczenia. Dlatego nasze najtrudniejsze wołanie nie znajduje się poza przestrzenią modlitwy. Czasem jedynym zdaniem, na które nas stać, jest: „Ojcze, jeśli mnie słyszysz, pomóż mi przetrwać tę godzinę”. Od tego również można zacząć.

Ojciec zaprasza do bliskości ludzi, których nie spodziewaliśmy się zobaczyć tak blisko

Mk 15,38–39

Po śmierci Jezusa zasłona świątyni rozdziera się, a stojący naprzeciw Niego setnik rozpoznaje w Nim Syna Bożego. Rozdartą zasłonę możemy odczytywać jako znak otwarcia dostępu do Boga. Przy krzyżu pojawia się też zaskakujący świadek: rzymski żołnierz. To zaprasza nas do pokory wobec cudzej drogi wiary. Nie zawsze potrafimy rozpoznać, co dzieje się w czyimś sercu. Ktoś, kogo uważamy za dalekiego od Boga, może właśnie zaczynać widzieć coś, czego my jeszcze nie zauważyliśmy. Możemy też odnieść tę scenę do własnego poczucia oddalenia. Jeżeli myślę, że moja historia, błędy albo brak religijnej wiedzy wykluczają mnie z bliskości Ojca, warto zatrzymać się przy tym niespodziewanym wyznaniu.
Droga ku Bogu może zacząć się od jednego poruszenia serca. Od chwili, w której przestajemy patrzeć obojętnie i pozwalamy sobie zobaczyć w Jezusie kogoś więcej.

Ojciec dostrzega cichą wierność i troskę o zranione ciało

Mk 15,40–47

Kobiety obserwują wydarzenia z oddali. Józef z Arymatei odważnie prosi Piłata
o ciało Jezusa i składa je w grobie. Dwie Marie widzą miejsce pochówku.
Na końcu tego rozdziału pojawia się troska, która nie może już odwrócić wydarzeń. Pozostaje obecność i godne pożegnanie. To bardzo ludzki obraz miłości. Kiedy nie potrafimy kogoś uratować, nadal możemy zatroszczyć się o jego godność. Kiedy nie umiemy znaleźć słów, możemy zostać obok. Kiedy ktoś przeżywa stratę, możemy przynieść posiłek, pomóc w formalnościach, usiąść
z nim w ciszy. Takie gesty bywają mało widoczne, ale dla cierpiącego człowieka mają ogromne znaczenie. Przypominają, że jego ból nie jest obojętny.
Rozdział kończy się zamkniętym grobem. Pozwólmy tej scenie wybrzmieć.
Żałoba potrzebuje czasu, a człowiek po stracie nie musi natychmiast umieć mówić o nadziei. Niekiedy najbardziej potrzebuje kogoś, kto uszanuje jego łzy i nie będzie próbował ich uciszyć.

Co ten rozdział odsłania z Ojcowskiego Serca?

Patrząc na Jezusa, możemy odkrywać Boga, do którego wolno przyjść z całym ludzkim doświadczeniem: niesprawiedliwością, upokorzeniem, bezradnością
i pytaniem o opuszczenie. Krzyż nie czyni przemocy czymś dobrym. Odsłania jej okrucieństwo, a w chrześcijańskiej wierze staje się również miejscem zbawczej miłości Jezusa. Dlatego nie daje podstaw do pogardy wobec cierpiących ani do wymagania, żeby pozostawali bez pomocy. Ten rozdział zaprasza nas do ufności, która potrafi mówić prawdę. Mogę potrzebować ochrony. Mogę prosić
o wsparcie. Mogę nie rozumieć tego, co przeżywam, i nadal zwracać się do Ojca.

Od lęku i samotnego dźwigania do zaufania dziecka

Mogę oprzeć swoją godność na tym, że jestem znana i kochana przez Ojca.
Mogę uczyć się odwagi, nawet jeśli sprzeciw kosztuje mnie czyjąś aprobatę.
Mogę szukać ochrony, kiedy ktoś mnie krzywdzi.
Mogę przyjąć pomoc, gdy mój ciężar staje się zbyt wielki.
Mogę powiedzieć Bogu o bólu, który trudno mi pogodzić z wiarą.
Mogę przeżywać żałobę we własnym tempie i pozwolić komuś być przy mnie.

Pytania do serca

Wybierz jedno pytanie i pozostań z nim przez chwilę.
Czyja opinia najmocniej wpływa dziś na moje poczucie własnej wartości?
Kiedy milczę z lęku przed utratą akceptacji?
Czy noszę w sobie krzywdzące słowa, które zaczęłam uważać za prawdę o sobie?
W czym potrzebuję pomocy i komu mogłabym o tym powiedzieć?
Jakie pytanie boję się wypowiedzieć przed Bogiem?
Czy daję sobie prawo do smutku, zanim przyjdzie ukojenie?
Komu mogę dziś okazać prostą, konkretną troskę?

Modlitwa

Ojcze, przychodzę do Ciebie z tym, co potrafię nazwać, i z tym, co pozostaje we mnie bez słów. Ty znasz moje zranienia, mój lęk przed oceną i wysiłek, z jakim próbuję sobie radzić. Pomóż mi pamiętać o mojej godności, szczególnie wtedy, gdy cudze zachowanie sprawia, że zaczynam w nią wątpić. Daj mi odwagę stawać po stronie prawdy i szukać ochrony przed krzywdą. Naucz mnie prosić o pomoc bez wstydu. Otwórz moje oczy na ludzi, którzy mogą mnie wesprzeć, i na tych, którzy potrzebują mojej obecności. Kiedy modlitwa staje się trudna, pomóż mi pozostać przed Tobą z prawdą mojego serca. Przyjmij moje pytania, łzy i bezradność. W ciemności prowadź mnie przez najbliższy krok, nawet jeśli nie widzę jeszcze dalszej drogi. Otocz troską tych, którzy cierpią samotnie, są poniżani albo przeżywają stratę. Pomóż mi być przy nich uważnie, z szacunkiem dla ich bólu. Ucz mnie miłości, która potrafi słuchać, chronić i zostać obok. Amen.

Myśl na dziś: Mogę wołać do Ojca także wtedy, gdy nie rozumiem, nie czuję Jego bliskości i nie mam już siły udawać, że wszystko jest dobrze.

Komentarze

Dodaj komentarz