„Ufaj, synu. Ufaj, córko” — Serce Boga w dziewiątym rozdziale Ewangelii Mateusza
Dziewiąty rozdział Ewangelii Mateusza jest pełen ruchu. Jezus przeprawia się przez jezioro, wchodzi do domów, siada przy stole, odpowiada na pytania, zatrzymuje się pośród tłumu. Wokół Niego nieustannie pojawiają się ludzie niosący choroby, grzech, żałobę, samotność i tęsknotę. Każdy czegoś od Niego chce. Każdy przynosi własny ciężar. Jezus jednak nie reaguje zniecierpliwieniem. Nie widzi przed sobą kolejnych problemów do rozwiązania, lecz konkretnych ludzi — każdego z jego historią, zranieniem i pragnieniem ukrytym nieraz głębiej niż wypowiedziana prośba.
W całym tym rozdziale Jezus objawia Czułe Serce Boga. Nie tylko opowiada, jaki jest Ojciec. Pokazuje Go całym sobą: spojrzeniem, dotykiem, obecnością i słowami, którymi zwraca się do cierpiących.
Jezus chce pokazać nam Ojca
Szczególnie poruszają mnie dwa słowa Jezusa: „synu” i „córko”.
Jest w nich coś zaskakującego. Jezus miał około trzydziestu lat, a zwracał się w ten sposób do dorosłych ludzi. Niektórzy z nich mogli być od Niego starsi. Dlaczego więc nazywał ich synem i córką?
Być może właśnie dlatego, że Jezus nie przyszedł jedynie przekazać ludziom informacji o Bogu. Pragnął całym sobą objawić Ojca. Nie tylko mówił, jaki jest Bóg — pozwalał ludziom usłyszeć ton Jego głosu. Kiedy Jezus mówi do sparaliżowanego: „Ufaj, synu”, a do cierpiącej kobiety: „Ufaj, córko”, w Jego słowach można usłyszeć Serce Ojca. Jakby sam Bóg pochylał się nad człowiekiem i mówił: „Nadal do Mnie należysz. Twoja choroba nie odebrała ci miejsca w Moim domu. Twój grzech nie przekreślił twojego dziecięctwa. Nie jesteś dla Mnie obcym przypadkiem ani problemem do rozwiązania. Jesteś Moim dzieckiem”. Bo właśnie przez Jezusa niewidzialna czułość Ojca staje się widzialna i słyszalna.
„Ufaj, synu” — Bóg widzi głębiej niż naszą niemoc
Pierwszym cierpiącym człowiekiem, którego spotykamy w tym rozdziale, jest sparaliżowany. Nie może sam przyjść do Jezusa. Zostaje przyniesiony przez innych.
Jezus zauważa nie tylko jego bezwładne ciało, lecz także wiarę ludzi, którzy go niosą. Pierwsze słowa, jakie kieruje do chorego, nie dotyczą jednak chodzenia. Najpierw mówi: „Ufaj, synu”. Zanim człowiek stanie na nogach, słyszy, że jest synem. To ważna kolejność. Jezus nie rozpoczyna od diagnozy, napomnienia ani wypominania win. Najpierw przywraca człowiekowi poczucie przynależności, przywraca mu tożsamość dziecka Bożego. Jakby chciał powiedzieć: „Jesteś blisko. Nie jesteś dla Mnie ciężarem. Twoja niemoc nie odebrała ci godności”. Dopiero później mówi o odpuszczeniu grzechów i uzdrowieniu.
Czułość Boga nie polega jedynie na usuwaniu bólu. Sięga głębiej — do miejsca,
w którym człowiek boi się, że z powodu swoich słabości przestał zasługiwać na miłość.
Być może istnieją w nas obszary sparaliżowane przez lęk, wstyd, poczucie winy albo bezradność. Jezus nie patrzy na nie z pogardą. Nie przynagla nas chłodno, abyśmy natychmiast wzięli się w garść. Najpierw przywraca nam ufność: „Synu, córko, nadal jesteś blisko”.
Spojrzenie, które nie zamyka człowieka w przeszłości
Następnie Jezus spotyka Mateusza siedzącego w komorze celnej. Dla wielu ludzi Mateusz był zapewne człowiekiem moralnie podejrzanym, współpracownikiem okupanta i kimś stojącym poza wspólnotą osób pobożnych. Jezus widzi go jednak inaczej. Nie mówi: „Najpierw napraw swoje życie, udowodnij, że się zmieniłeś,
a później wróć”. Mówi po prostu: „Pójdź za Mną”. Jedno spojrzenie i jedno zdanie otwierają przed Mateuszem przyszłość. Tam, gdzie inni widzą tylko celnika, Jezus widzi ucznia. Tam, gdzie człowiek dostrzega zmarnowane lata, Bóg może już widzieć początek nowej drogi.
Powołanie Mateusza przypomina, że przemiana nie zawsze poprzedza spotkanie z Bogiem. Bardzo często jest jego owocem. Najpierw zostajemy zauważeni i zaproszeni. Dopiero później, w bliskości Jezusa, uczymy się żyć inaczej.
Bóg siada przy stole z niedoskonałymi
Jezus przyjmuje zaproszenie do domu Mateusza. Przy stole pojawiają się celnicy
i ludzie nazywani grzesznikami. Dla faryzeuszów staje się to powodem zgorszenia. Jezus odpowiada obrazem lekarza. Zdrowi nie potrzebują lekarza — potrzebują go ci, którzy źle się mają. Następnie przypomina, że Bóg pragnie miłosierdzia bardziej niż ofiary. To jedno z najczulszych objawień Ojca w całym rozdziale.
Jezus nie tworzy wspólnoty ludzi udających, że są zdrowi. Tworzy miejsce, w którym można przestać ukrywać swoje rany. Nie domaga się, aby człowiek najpierw sam się uleczył, a dopiero później przyszedł do Boga.
Miłosierdzie nie oznacza, że zło przestaje być złem. Oznacza, że człowiek zraniony przez zło — także przez własne wybory — nie przestaje być wart ratowania. Bóg nie boi się usiąść przy stole naszego nieuporządkowanego życia. Nie czeka na sterylną przestrzeń. Przychodzi jako Lekarz właśnie dlatego, że potrzebujemy uzdrowienia.
Wiara jako bliskość Oblubieńca
Uczniowie Jana pytają Jezusa o post. Zastanawiają się, dlaczego Jego uczniowie nie poszczą tak jak inni. Jezus mówi wtedy o sobie jako o Oblubieńcu.
To niezwykle delikatny obraz. Wiara nie zostaje przedstawiona przede wszystkim jako obowiązek, lecz jako relacja. W centrum życia duchowego nie stoi perfekcyjne wypełnianie zasad, ale obecność Kogoś, kto kocha.
Jezus mówi również o nowym winie i nowych bukłakach. Spotkania z Nim nie da się sprowadzić do dołożenia kilku religijnych praktyk do starego sposobu myślenia. Jego czułość odnawia człowieka od środka.
Praktyki duchowe są dobre, kiedy prowadzą do spotkania z Oblubieńcem. Oderwane od miłości mogą stać się ciężarem i sposobem udowadniania własnej wartości. Przeżywane w relacji stają się odpowiedzią tęskniącego serca.
„Ufaj, córko” — Bóg zauważa ukryte cierpienie
Kiedy Jezus idzie do córki przełożonego synagogi, zbliża się do Niego kobieta cierpiąca od dwunastu lat na krwotok. Jej choroba oznacza nie tylko fizyczne osłabienie. Niesie także społeczne wykluczenie, poczucie nieczystości, wstyd i osamotnienie. Kobieta nie prosi publicznie o pomoc. Podchodzi od tyłu i dotyka skraju płaszcza Jezusa. Jakby pragnęła zostać uzdrowiona, a jednocześnie pozostać niezauważona. Jezus jednak się odwraca. Nie robi tego, aby ją zawstydzić. Chce, by wiedziała, że nie została uzdrowiona przypadkiem ani ukradkiem. Patrzy na nią i mówi: „Ufaj, córko”. Zanim kobieta odejdzie uzdrowiona, zostaje nazwana córką. To nie jest tylko ciepły zwrot. Jezus przywraca jej miejsce pośród ludzi. Do tej, która przez lata mogła czuć się nieczysta, odrzucona i zapomniana, przemawia językiem więzi. „Jesteś córką. Należysz. Masz swoje miejsce. Twoje cierpienie nie odebrało ci godności”. Czułe Serce Boga dostrzega także ludzi, którzy nie potrafią głośno prosić. Widzi dyskretny gest, niewypowiedzianą modlitwę i tę resztkę nadziei, z którą człowiek dotyka skraju Jego szaty.
Nie każda modlitwa musi być odważna i pięknie sformułowana. Czasem całą naszą wiarą jest cichy gest wykonany z ukrycia. Jezus również taką wiarę zauważa.
Bóg wchodzi do domu żałoby
W domu przełożonego synagogi panuje już atmosfera śmierci. Są fleciści, tłum
i zamieszanie. Wszystko zdaje się przesądzone. Jezus jednak wchodzi do środka.
To także jest objawienie Ojca. Bóg nie pozostaje na zewnątrz domu, w którym człowiek płacze. Nie obserwuje cierpienia z bezpiecznej odległości. Wchodzi w sam środek straty. Jezus bierze dziewczynkę za rękę i ją podnosi. Mógłby dokonać cudu bez dotykania jej. Wybiera jednak gest bliskości.
Ten dotyk ma szczególne znaczenie. Według Prawa kontakt ze zmarłym powodował rytualną nieczystość. Jezus zbliża się więc do tego, od czego inni powinni się odsunąć. Dotyka miejsca naznaczonego śmiercią i nieczystością. Dzieje się jednak coś niezwykłego: to nie nieczystość przechodzi na Jezusa, lecz życie płynące od Jezusa przechodzi na dziewczynkę. Jego świętość nie jest krucha ani zagrożona przez ludzką słabość. Jest mocą, która oczyszcza, uzdrawia i przywraca życie. Tam, gdzie wszyscy widzą już tylko śmierć, Jezus nadal widzi człowieka, którego można wziąć za rękę i podnieść człowieka także z grobu i obdarzyć go życiem.
Nie każda nasza historia kończy się natychmiastowym cudem. Ewangelia nie obiecuje życia pozbawionego straty i żałoby. Objawia jednak Boga, dla którego śmierć nie jest ostatnim słowem. Jezus nie stoi bezradnie przed tym, co dla nas jest końcem. Wchodzi w sam środek śmierci, bierze człowieka za rękę i prowadzi go ku życiu — ostatecznie ku życiu wiecznemu. W domu śmierci Jezus wykonuje gest życia. To czułość, która nie tylko towarzyszy człowiekowi w umieraniu, lecz ma moc przeprowadzić go przez śmierć.
Bóg pozwala nam nazwać własne pragnienie
Za Jezusem idą dwaj niewidomi. Wołają: „Ulituj się nad nami, Synu Dawida”. Jezus pyta ich, czy wierzą, że może ich uzdrowić. Nie jest to egzamin, który ma wykazać, czy zasługują na cud. Jezus pozwala im nazwać swoje pragnienie i świadomie powierzyć Mu własną bezradność. Następnie dotyka ich oczu.
W tym rozdziale Jezus często mógłby ograniczyć się do wydania polecenia.
On jednak zbliża się i dotyka. Nie traktuje cierpiącego człowieka jak anonimowego przypadku. Podchodzi wystarczająco blisko, aby jego spotkanie z Bogiem stało się osobiste. Niewidomi uczą nas modlitwy prostej i prawdziwej. Nie musimy wszystkiego rozumieć ani posiadać idealnej wiary. Możemy wołać o miłosierdzie
i przynieść Jezusowi to, czego sami nie jesteśmy w stanie uleczyć.
Jezus przywraca człowiekowi głos
Kolejnym uzdrowionym jest człowiek niemy i dręczony przez złego ducha.
Po uwolnieniu zaczyna mówić.
Można zobaczyć w tym znaku coś więcej niż fizyczne uzdrowienie. Zło odbiera człowiekowi głos. Wmawia mu, że nie ma prawa prosić, nazywać swojej krzywdy, opowiadać własnej historii ani sprzeciwiać się temu, co go niszczy. Jezus przywraca zdolność mówienia. Czułe Serce Boga nie chce naszej bierności ani milczenia wynikającego z lęku. Pragnie, abyśmy odzyskali głos: mogli wypowiedzieć prawdę, poprosić o pomoc, modlić się i wejść w relację.
Reakcje świadków są jednak różne. Tłumy się dziwią, lecz faryzeusze oskarżają Jezusa. Można zobaczyć dobro i tak bardzo obawiać się utraty własnego sposobu myślenia, że nazwie się je złem. Czułość wymaga otwartego serca — gotowego rozpoznać Boga również wtedy, gdy działa inaczej, niż się spodziewaliśmy.
Jezus widzi ludzi zmęczonych i porzuconych
Kulminacja całego rozdziału następuje pod koniec. Jezus obchodzi miasta i wioski, naucza, głosi Ewangelię i leczy. Kiedy patrzy na tłumy, lituje się nad nimi, ponieważ są znękane i porzucone jak owce niemające pasterza. To nie jest przelotne wzruszenie. Cierpienie człowieka porusza Jezusa w najgłębszym wnętrzu.
On nie widzi bezimiennej masy ludzi. Widzi każdego osobno. Dostrzega tych, którzy są zmęczeni dźwiganiem życia. Widzi zagubionych, społecznie odrzuconych, chorych, winnych i samotnych. I nie oskarża ich o to, że są zagubieni.
To może być najważniejszy obraz Boga w całym rozdziale. Jezus patrzy na ludzkie pogubienie nie z chłodnym rozczarowaniem, ale ze współczuciem. Nasze zmęczenie nie budzi w Nim irytacji. Nasza bezradność porusza Jego Serce.
Tak właśnie Jezus objawia Ojca.
Żniwo czułości
Jezus mówi uczniom, że żniwo jest wielkie, lecz robotników mało. Prosi, aby modlili się o tych, którzy zostaną posłani. Po wszystkich opisanych spotkaniach wiadomo już, jakich robotników potrzebuje to żniwo. Nie chodzi tylko o sprawnych organizatorów czy ludzi potrafiących wiele mówić o Bogu. Potrzebni są ci, którzy nauczą się patrzeć na człowieka oczami Jezusa.
To ludzie, którzy zobaczą syna w sparaliżowanym, ucznia w celniku i córkę
w wykluczonej kobiecie. Ludzie, którzy dostrzegą życie tam, gdzie inni widzą już tylko kres. Gotowi wejść do domu żałoby, usiąść przy stole z niedoskonałymi i usłyszeć wołanie tych, których tłum łatwo pomija.
Modlitwa o robotników jest więc także modlitwą o przemianę naszego serca:„Panie, naucz mnie widzieć ludzi tak, jak Ty ich widzisz. Daj mi nieść innym tę czułość, którą sam od Ciebie otrzymuję”.
Co Mateusz 9 mówi o Czułym Sercu Boga?
Dziewiąty rozdział Ewangelii Mateusza pokazuje Boga, który:
- przywraca nam przynależność, zanim cokolwiek zdołamy naprawić;
- widzi przyszłość człowieka, a nie wyłącznie jego przeszłość;
- zbliża się do grzesznych i poranionych jak lekarz do chorego;
- nie boi się naszego chaosu, wstydu ani żałoby;
- zauważa nawet modlitwę, której nie umiemy wypowiedzieć;
- dotyka miejsc uznanych przez innych za nieczyste lub beznadziejne;
- oddaje człowiekowi głos, godność i zdolność życia;
- patrzy na zagubionych ze współczuciem, a nie z oskarżeniem;
- nazywa nas synami i córkami;
- zaprasza, abyśmy stali się przedłużeniem Jego czułości wobec innych.
Jezus nie tylko mówi o takim Bogu. Sam jest Jego najpełniejszym objawieniem.
W sposobie, w jaki patrzy na człowieka, słyszymy i widzimy Serce Ojca.
Nie jestem sierotą!
Być może tego właśnie najbardziej potrzebuje zranione serce: nie tylko rozwiązania problemu, lecz zapewnienia, że cierpienie nie uczyniło go sierotą. Jezus uzdrawia nie tylko ciało i okoliczności. Uzdrawia również tożsamość. Zanim sparaliżowany stanie na nogach, słyszy, że jest synem. Zanim kobieta odejdzie uzdrowiona, zostaje nazwana córką. Najpierw otrzymują bliskość i przynależność, a dopiero potem doświadczają przemiany swojej sytuacji. W Jezusie Bóg nie przemawia do nas chłodnym, urzędowym językiem. Zwraca się słowami więzi. Jezus użycza swoich ludzkich ust, aby człowiek mógł usłyszeć czułość Ojca: „Synu. Córko. Jesteś blisko. Należysz do Mnie. Możesz Mi zaufać”.
Pytania do osobistej refleksji
- Która z osób spotkanych przez Jezusa jest dzisiaj najbliższa mojemu doświadczeniu?
- W jakiej dziedzinie życia potrzebuję usłyszeć: „Ufaj, synu” albo „Ufaj, córko”?
- Czy jest we mnie miejsce, które próbuję ukryć przed Bogiem, ponieważ wydaje mi się zbyt nieuporządkowane?
- Czy wierzę, że cierpienie, grzech albo bezradność nie odebrały mi miejsca w Sercu Ojca?
- Czy potrafię przyjąć, że Jezus widzi we mnie przyszłość, której ja jeszcze nie dostrzegam?
- Na kogo patrzę głównie przez pryzmat jego błędów, opinii lub przeszłości?
- Komu mogę w tym tygodniu okazać czułość poprzez obecność, wysłuchanie lub przywrócenie nadziei?
Modlitwa
Jezu, Ty przyszedłeś objawić nam Ojca.
W Twoim spojrzeniu, dotyku i słowach możemy zobaczyć Jego Czułe Serce.
Spójrz również na mnie. Wejdź do miejsc, w których straciłam nadzieję.
Dotknij tego, co boli, choć nie umiem o tym opowiedzieć.
Kiedy czuję się obca, przypomnij mi, że jestem córką.
Kiedy wstydzę się własnej niemocy, powiedz do mnie ponownie: „Ufaj”.
Ulecz we mnie lęk, że moje cierpienie oddaliło mnie od Ciebie.
Przywróć mi pewność, że nadal mam miejsce w domu Ojca.
Naucz mnie patrzeć na innych Twoimi oczami.
Daj mi serce, które nie osądza zagubionych, lecz rozpoznaje ich zmęczenie.
Uczyń mnie człowiekiem Twojego żniwa —kimś, kto niesie bliskość, podnosi
i przywraca godność.
Niech moje życie opowiada o tym, że nikt nie jest dla Ciebie obcy, a Twoje Serce pozostaje otwarte dla każdego, kto potrzebuje miłosierdzia. Amen.


Dodaj komentarz