Ojciec który prowadzi Syna
Jezus na pustyni — dlaczego Bóg na to pozwolił?
Zaraz po chrzcie Jezus zostaje wyprowadzony przez Ducha na pustynię, aby był kuszony przez diabła. Naturalnie pojawia się pytanie: dlaczego Bóg na to pozwolił? Jak to możliwe, że Ojciec dopuścił, aby Jego Syn doświadczał głodu, samotności i pokusy? Żeby to zrozumieć, trzeba spojrzeć szerzej na misję Jezusa. Przyszedł On bowiem nie tylko po to, aby nauczać ludzi, ale przede wszystkim, aby naprawić to, co zostało zniszczone przez grzech i nieposłuszeństwo człowieka. Dlatego Jezus dobrowolnie wchodzi w doświadczenie pustyni i poddaje się próbie. Nie jest to przypadkowy epizod, lecz ważny element Jego misji.
Nie bez znaczenia jest również 40 dni spędzonych przez Jezusa na pustyni. Liczba ta przywołuje na myśl czterdzieści lat wędrówki Izraelitów po pustyni. Izrael w czasie próby wielokrotnie okazywał brak zaufania Bogu i ulegał pokusom. Jezus natomiast przechodzi przez podobną próbę, ale pozostaje całkowicie wierny Ojcu. Można dostrzec tutaj jeszcze głębszą analogię z Adamem. Pierwszy człowiek, przebywając w ogrodzie pełnym obfitości, uległ pokusie. Jezus, znajdując się na pustyni, będąc głodny i pozbawiony ludzkiego komfortu, pozostaje posłuszny Bogu. Tam, gdzie człowiek zawiódł, Jezus okazuje się wiernym Synem.
Diabeł również nieprzypadkowo próbuje podważyć Boże Słowo. To właśnie od tego rozpoczęła się pokusa w Edenie: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział…?” Na pustyni mechanizm jest podobny. Szatan próbuje skłonić Jezusa do zakwestionowania Bożej drogi i wykorzystuje nawet słowa Pisma. Jezus jednak nie odpowiada jedynie znajomością biblijnych wersetów. On rozumie ich sens i przede wszystkim zna Ojca, któremu ufa. Nie daje się sprowokować do udowadniania swojej pozycji ani do wybierania łatwiejszej drogi. Każdą pokusę odrzuca, pozostając wiernym Bożej woli.
To pokazuje również coś ważnego o naszych własnych próbach. Szatan nie zawsze przychodzi z jawnym zaprzeczeniem Boga. Często działa znacznie subtelniej — próbuje wzbudzić w nas wątpliwość co do tego, czy naprawdę możemy zaufać temu, co Bóg powiedział. Dlatego sama znajomość Pisma jest ważna, ale równie ważne jest poznawanie Boga, Jego charakteru i Jego sposobu działania. Jezus zwyciężył na pustyni nie dlatego, że znał kilka odpowiednich wersetów, lecz dlatego, że ufał Ojcu i nie pozwolił, aby pokusa skłoniła Go do działania niezależnie od Niego. Pustynia stała się więc nie miejscem porażki, ale miejscem zwycięstwa — pierwszym wyraźnym znakiem, że Jezus przyszedł odwrócić skutki nieposłuszeństwa człowieka i zniszczyć dzieła diabła.
Diabeł za każdym razem próbuje uderzyć w inną sferę ludzkiej słabości. Najpierw głód — namawia Jezusa, aby zamienił kamienie w chleb i zaspokoił swoją potrzebę poza wolą Ojca. Następnie pycha i potrzeba udowodnienia swojej tożsamości — sugeruje Mu, aby rzucił się ze świątyni i zmusił Boga do spektakularnej interwencji. Na końcu pojawia się władza i chęć pójścia na skróty — Szatan oferuje Jezusowi panowanie nad światem w zamian za oddanie mu pokłonu.
W każdej z tych prób Jezus odrzuca pokusę, wybierając zaufanie Ojcu zamiast natychmiastowego zaspokojenia potrzeb, wystawiania Boga na próbę czy zdobywania celu łatwiejszą drogą.
Można spojrzeć na kuszenie Jezusa jako na świadome odwrócenie tego, co wydarzyło się w Edenie. Ewa sięgnęła po owoc, aby zaspokoić swoje pragnienie, natomiast Jezus — mimo że był skrajnie głodny — nie wykorzystał swojej mocy, aby zaspokoić własne pragnienie i potrzebę. Następnie Szatan powraca do tej samej myśli, którą posłużył się wobec Ewy: „na pewno nie umrzesz”. W Edenie miało to skłonić człowieka do przekroczenia Bożego nakazu, a Jezusowi zostaje zaproponowane wystawienie Boga na próbę — przecież aniołowie mieliby Go ochraniać. Na końcu pojawia się obietnica podobna do tej z Edenu: „będziecie jak Bóg”. Jezusowi Szatan proponuje władzę nad królestwami świata — coś, co przypomina Boże panowanie, ale osiągnięte bez posłuszeństwa Ojcu i bez drogi, którą wyznaczył Bóg. Adam chciał zdobyć to, co nie było mu dane, natomiast Jezus nie sięga do niczego, co wymagałoby odstąpienia od woli Ojca. W ten sposób Jezus przechodzi próbę, w której Adam zawiódł.
Ojciec, który prowadzi Syna
Po zwycięstwie Jezusa nad pokusami na pustyni Ewangelia Mateusza przechodzi do kolejnego etapu Jego misji. To, co wydarzyło się wcześniej, nie było jedynie próbą charakteru. Jezus właśnie rozpoczyna swoją publiczną działalność. Warto jednak spojrzeć na te wydarzenia nie tylko jak na kolejne punkty historii Jezusa, ale również przez pryzmat serca Ojca.
Po czterdziestu dniach pustyni Jezus jest wyczerpany. I właśnie wtedy pojawia się bardzo znamienny szczegół: aniołowie przychodzą i Mu usługują. Bóg nie uchronił swojego Syna przed pustynią, głodem ani kuszeniem, ale nie oznaczało to, że był wobec Niego obojętny. Ojciec pozwolił Jezusowi przejść przez próbę, ale w odpowiednim czasie przysłał Mu pomoc. To ważna lekcja także dla nas. Boża obecność nie zawsze oznacza, że zostaniemy wyjęci z trudnego doświadczenia. Czasami oznacza, że Bóg przeprowadzi nas przez nie i da nam siłę dokładnie wtedy, kiedy będzie ona potrzebna.
Jezus rozpoczyna swoją misję
Kiedy Jezus dowiaduje się o uwięzieniu Jana Chrzciciela, odchodzi do Galilei. To właśnie tam rozpoczyna głoszenie: „Nawracajcie się, bo przybliżyło się Królestwo Niebios”. Nie jest to przypadkowe miejsce. Galilea była obszarem, który nie cieszył się takim prestiżem jak Jerozolima. Mateusz widzi w tym jednak wypełnienie proroctwa Izajasza — światło miało zabłysnąć właśnie dla ludzi żyjących w ciemności. I tutaj ponownie możemy dostrzec serce Boga. Bóg nie zaczyna od tych, którzy wydają się najlepsi, najważniejsi czy najbardziej religijni. Światło przychodzi do ludzi siedzących w ciemności. Jezus nie rozpoczyna swojej działalności od budowania własnej pozycji. Przychodzi do ludzi potrzebujących światła.
„Pójdźcie za Mną”
Następnie Jezus spotyka Piotra i Andrzeja. Później Jakuba i Jana. Wszyscy wykonują zwyczajne, codzienne zajęcia — łowią ryby. Jezus mówi do nich: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”. To niezwykłe, że Jezus nie wybiera ludzi według kryteriów, którymi często posługuje się świat. Nie szuka najbogatszych, najbardziej wykształconych czy najbardziej wpływowych. Powołuje zwyczajnych ludzi i zaprasza ich do udziału w czymś znacznie większym niż ich dotychczasowe życie. Widać tutaj pewną cechę ojcowskiego serca Boga: Bóg nie tylko mówi człowiekowi, kim jest. On również pokazuje mu, kim może się stać. Piotr jest rybakiem. Jezus mówi mu jednak: „Uczynię cię…”. To bardzo ważne słowa. Jezus widzi w człowieku nie tylko jego teraźniejszość, ale także jego przyszłość. Nie mówi: „Najpierw stań się kimś wartościowym, a potem możesz za Mną pójść”. Mówi: „Pójdź za Mną, a Ja będę cię kształtował”.
Jezus dotyka tego, co boli
Mateusz kończy ten rozdział bardzo ciekawym obrazem. Jezus przemierza Galileę, naucza, głosi Ewangelię Królestwa i uzdrawia wszelką chorobę i wszelką niemoc wśród ludu.
To pokazuje, że Jego misja nie ogranicza się do głoszenia pięknych słów. Jezus widzi człowieka całego — jego duchowe zagubienie, ale również jego fizyczne cierpienie. Jest w tym coś bardzo ojcowskiego. Dobry ojciec nie mówi swojemu cierpiącemu dziecku: „Najważniejsze, żebyś miał właściwą teorię na temat cierpienia”. Najpierw chce być blisko. Chce pomóc. Chce ulżyć. I właśnie taki obraz Boga zaczyna odsłaniać Jezus. Bóg nie jest obojętnym obserwatorem ludzkiego cierpienia. Dlatego Jezus dotyka ludzi chorych, przygniecionych niemocą, opętanych, cierpiących. Królestwo Boże, które głosi, nie jest jedynie abstrakcyjną ideą. Tam, gdzie pojawia się Jezus, zaczyna się przywracanie człowieka do życia.
A jednak najpierw pustynia
Kiedy spojrzymy na cały rozdział, pojawia się ciekawy kontrast. Najpierw Jezus jest samotny na pustyni. Jest głodny. Jest kuszony. Nie wybiera łatwej drogi. A chwilę później widzimy Go pośród ludzi — głoszącego, powołującego uczniów, uzdrawiającego i przynoszącego nadzieję. Może właśnie dlatego pustynia była potrzebna. Jezus najpierw musiał powiedzieć „nie” pokusie wykorzystania swojej mocy dla siebie, aby później używać jej dla dobra innych. Nie zamienił kamieni w chleb, aby nakarmić siebie, ale później będzie karmił głodnych. Nie rzucił się ze świątyni, aby zmusić Ojca do spektakularnego działania, ale będzie pochylał się nad ludźmi w ich zwyczajnym cierpieniu. Nie przyjął władzy nad światem od Szatana, ale będzie głosił Królestwo Boże — królestwo zdobywane nie przez kompromis, lecz przez posłuszeństwo Ojcu. I być może właśnie tutaj najlepiej widać serce Boga. Ojciec nie prowadzi Jezusa drogą łatwą. Prowadzi Go drogą właściwą. A to ogromna różnica.
Czasami myślimy, że skoro Bóg jest naszym Ojcem, powinien oszczędzić nam każdej pustyni. Tymczasem Mateusz pokazuje coś innego. Ojciec może dopuścić do doświadczenia, ponieważ widzi coś, czego my jeszcze nie widzimy. Nie opuszcza jednak swojego dziecka. Towarzyszy mu, wzmacnia je i prowadzi dalej.
Jezus wychodzi z pustyni nie jako pokonany, lecz umocniony do rozpoczęcia swojej misji. A potem idzie do ludzi. Do chorych. Do zagubionych. Do zwyczajnych rybaków. Do tych, którzy siedzą w ciemności. I przynosi im światło.
Może właśnie dlatego warto inaczej spojrzeć na własne pustynie. Nie każda pustynia jest dowodem na to, że Bóg nas opuścił. Czasami jest miejscem, w którym Ojciec przygotowuje nas do czegoś, czego jeszcze nie jesteśmy w stanie zobaczyć.


Dodaj komentarz